Wniosek, który może usunąć najgorszy rząd Rumunii od dziesięcioleci

Polityka - 2026-05-15

Rumuńska polityka rzadko dostarcza tak klarownych momentów, jak ten, który właśnie się rozgrywa. Wniosek o odwołanie premiera Ilie Bolojana, złożony wspólnie przez PSD, AUR i PACE, to nie tylko kolejny manewr proceduralny w kalendarzu parlamentarnym. To od dawna spóźnione rozliczenie za dziesięć miesięcy rządów, które wydrążyły rumuńską gospodarkę, wyalienowały ludność pracującą i zamieniły najcenniejsze aktywa państwa w karty przetargowe do nieprzejrzystych transakcji. A sposób, w jaki establishment polityczny, zarówno krajowy, jak i zagraniczny, starał się bronić Bolojana, mówi wszystko, co musisz wiedzieć o tym, czyim interesom faktycznie służy jego gabinet.

Odrzucając parlamentarny żargon, obraz jest brutalnie prosty. Pod rządami Bolojana Rumunia stała się jedynym państwem członkowskim UE oficjalnie pogrążonym w kryzysie. Inflacja jest głęboka, usługi dla ludności spadły o 10,7% na początku 2026 r., zamówienia produkcyjne spadły o 4,2%, a sektor energetyczny załamał się o 10,6%. Bolojan zareagował nie poprzez ochronę rumuńskich pracowników i przedsiębiorców, ale poprzez podniesienie podatku VAT do 21%, zlikwidowanie progu dla mikroprzedsiębiorstw, wyeliminowanie zachęt podatkowych dla IT, budownictwa i rolnictwa oraz zamrożenie emerytur przy jednoczesnym obniżeniu wynagrodzeń pracowników pierwszej linii. Nauczyciele stracili 15% swojej siły nabywczej. Pracownicy administracji – 14%. Pracownicy służby zdrowia – 10%. 54 000 pełnoetatowych pracowników straciło pracę.

W międzyczasie rząd po cichu opracował plany likwidacji strategicznych aktywów państwowych, takich jak CEC Bank, SALROM, Hidroelectrica, Romgaz, lotniska w Bukareszcie, port w Konstancy, a nawet firmy obronne, takie jak Romarm, Avioane Craiova i Romaero, po wycenach, które omijają giełdę i kierują akcje do starannie wybranych inwestorów poprzez przyspieszone plasowanie. CEC Bank, z zyskami bliskimi 668 milionów lei i aktywami zbliżającymi się do 100 miliardów, jest wyceniany na śmieszne 5,4 miliarda. SALROM, posiadający strategiczne rezerwy grafitu z finansowaniem na poziomie UE w wysokości 450 milionów euro, jest sprzedawany za 616 milionów lei. Wniosek nazywa to tym, czym jest: nie reformą, ale skoordynowanym atakiem na majątek publiczny, przebranym za zgodność z UE, mimo że cytowane kamienie milowe w rzeczywistości nie wymagają tego, co robi Bolojan.

To, co czyni ten moment niezwykłym, to nie fakt, że rząd stoi w obliczu głosowania nad wotum nieufności. Jest to spektakl zagranicznych postaci politycznych, które wkraczają w sprawy wewnętrzne Rumunii, aby wesprzeć upadającego premiera. Publiczna interwencja lidera EPL Manfreda Webera na rzecz Bolojana, która nastąpiła dokładnie w momencie, gdy rumuńscy posłowie przygotowują się do głosowania nad przyszłością własnego rządu, wpisuje się w schemat, który powinien martwić każdego, kto wierzy, że demokracja parlamentarna powinna być sprawą wewnętrzną. Kiedy brukselscy aparatczycy zaczynają tweetować, aby wpłynąć na krajowy wniosek o wotum nieufności, granica między współpracą europejską a jawną ingerencją zostaje przekroczona. Rumuni wybrali parlament. Parlament ten ma konstytucyjne uprawnienia do usunięcia rządu, który utracił zaufanie publiczne. Fakt, że machina EPL otwarcie naciska na ten proces, jest, szczerze mówiąc, przyznaniem, że bez zewnętrznej ingerencji Bołojan nie może przetrwać o własnych siłach.

Jest też partia USR, obecnie apoplektyczna, że AUR podpisał wniosek o wotum nieufności wraz z PSD. Spektakl byłby zabawny, gdyby nie był tak przejrzyście nieuczciwy. W 2021 r. USR zrobiła dokładnie to samo, dołączając do AUR w celu obalenia rządu Cîțu w sojuszu parlamentarnym, który poparła również PSD. W tamtych czasach współpraca z AUR była strategicznym pragmatyzmem. Dziś najwyraźniej jest to moralna katastrofa.

Każdy, kto obserwował rumuńskie media w ostatnich tygodniach, zauważył lawinę błyszczących relacji rebrandingujących Bolojana jako odważnego reformatora walczącego z zakorzenionymi interesami. Kampania nosi wszelkie znamiona skoordynowanej operacji: identyczne wiadomości w różnych punktach sprzedaży, podejrzanie zsynchronizowane „spontaniczne” protesty i niewątpliwy zapach publicznych pieniędzy finansujących to, co jest funkcjonalnie wysiłkiem na rzecz odbudowy osobistego wizerunku. Czas nie jest przypadkowy. Rumuni nie są głupi. Potrafią dostrzec sfabrykowaną kampanię, gdy ta spada im na głowę. Być może najbardziej niepokojącym elementem całej tej sprawy jest uporczywa plotka krążąca po parlamencie, że agenci PNL, pracujący pod kierownictwem Bolojana, po cichu zwracali się do posłów z różnych grup z ofertami mającymi na celu zapewnienie braku głosów przeciwko wnioskowi o wotum nieufności. Niezależnie od tego, czy doniesienia te zostaną ostatecznie udokumentowane, czy też pozostaną w sferze korytarzowych plotek, fakt, że są one traktowane poważnie przez doświadczonych obserwatorów politycznych, jest sam w sobie godny potępienia. Rząd pewny swoich osiągnięć nie musi rzekomo kupować przetrwania głos po głosie. Wygrywa dzięki swojej pracy.

Wniosek o wotum nieufności to coś więcej niż głosowanie. To referendum w sprawie tego, czy Rumunia będzie nadal podążać ścieżką likwidacji aktywów, oszczędności dla wielu i ochrony dla nielicznych, czy też parlament odzyska swoją rolę jako głos społeczeństwa, które z 80% marginesem twierdzi, że kraj zmierza w złym kierunku. Argumenty są na stole. Liczby nie kłamią. I żadna ilość brukselskiego lobbingu, teatru czy medialnej choreografii nie może zmienić prostego faktu, że Rumuni zasługują na rząd, który rządzi dla nich.