Prezydencja Irlandii w Radzie Unii Europejskiej to prozaiczna i pozbawiona większych wydarzeń polityczna parada

Polityka - 2026-07-31

Już od pierwszych scen irlandzkiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej widać wyraźnie, że rząd irlandzki zamierza przedstawić Szmaragdową Wyspę jako przykład sukcesu UE. Puste obietnice, że Irlandia doprowadzi do pomyślnego zakończenia negocjacji w sprawie rozszerzenia UE o Ukrainę, Macedonię, Mołdawię i Albanię, pokazują, jak bardzo arogancki jest irlandzki rząd koalicyjny.

W mediach na całej wyspie pojawia się już nutka nostalgii w dyskusjach na temat „europejskiego momentu” Irlandii oraz samozadowolenia z dotychczasowych postępów. W rzeczywistości obserwujemy, jak specjaliści od wizerunku rządu irlandzkiego pracują w nadgodzinach, aby stworzyć narrację, o której doskonale wiedzą, że jest fałszywa.

Jednak poza tą wyidealizowaną eurofilia, którą podsyca irlandzka klasa polityczna, kryje się podstawowa prawda — że nikt, ani w kraju, ani za granicą, tak naprawdę w to nie wierzy. Być może właśnie teraz Unia Europejska jasno przekona się, że rząd irlandzki jest aż nadto dobry w składaniu obietnic, a bardzo słaby w ich dotrzymywaniu. Chociaż irlandzcy wyborcy doświadczyli tego już w przypadku znienawidzonej powszechnej opłaty socjalnej oraz ciągłego manipulowania przez partie Fianna Fáil i Fine Gael, które zapewniały, że „pewnego dnia” opłata ta zniknie, teraz sytuacja ta przenosi się na arenę europejską.

Historia Irlandii związana z przewodnictwem w Radzie Unii Europejskiej była dotychczas pełna szczęśliwych zbiegów okoliczności — kraj ten sprawował tę funkcję w okresie upadku muru berlińskiego oraz fali przystąpienia krajów Europy Wschodniej do UE w 2004 roku. Doświadczenia Irlandii są w wyjątkowy sposób naznaczone nostalgią za okresem po zimnej wojnie. Dzisiaj Micheal Martin, który według wszystkich relacji z radością oczekiwał na objęcie prezydencji w Unii Europejskiej, stoi przed prawdopodobnie najbardziej napiętym okresem w historii pełnienia przez Irlandię roli przywódczej w Unii Europejskiej. W sytuacji, gdy sojusz transatlantycki wydaje się być pod presją, deindustrializacja Europy wyrządziła szkodę kontynentowi, rosnące koszty energii ograniczają potencjał biznesowy, a kryzys demograficzny nie wykazuje żadnych oznak złagodzenia. Wygląda na to, że wszystkie błędy ostatniej dekady dają o sobie znać właśnie teraz, w momencie, gdy Martin ma szansę zabłysnąć.

Prosta prawda jest taka, że zdolność Irlandii do zarządzania własną biurokracją jest w najlepszym razie skostniała, a presja związana z prowadzeniem negocjacji w imieniu Rady Unii Europejskiej przysporzy rządowi i służbie cywilnej niezliczonych problemów. Nie wspominając już o skłonności irlandzkich polityków do dyplomatycznych wpadek, które bez wątpienia pogorszą i tak już słabnący wizerunek Irlandii w Europie. Można się zastanawiać, ilu urzędników służby cywilnej zostało oddelegowanych ze swoich macierzystych resortów wyłącznie po to, by obsłużyć unijną paradę Micheala Martina?

Niezależnie od tego Irlandii będzie trudno przedstawiać się jako wzorcowe państwo członkowskie UE, gdy europejscy urzędnicy będą ściśle współpracować ze swoimi irlandzkimi odpowiednikami w pozostałej części okresu irlandzkiej prezydencji. Zdolność do samooszukiwania się jest naprawdę niezwykła. Podczas prezydencji cypryjskiej żaden polityk ani żadna grupa medialna nawet nie mrugnęła okiem, ale 1 lipca Irlandia w jakiś sposób przejęła największą odpowiedzialność i rolę przywódczą w Unii Europejskiej?

Rząd irlandzki, mimo swojej odrażającej kadencji u władzy, nie zajął się podstawowymi problemami związanymi z mieszkalnictwem, migracją i kosztami życia. W rzeczywistości Irlandia jawi się raczej jako studium przypadku porażek politycznych i programowych Unii Europejskiej niż jako przykład sukcesu. Irlandzcy przywódcy polityczni konsekwentnie prezentują najbardziej dogmatyczne stanowisko w kwestiach imigracji, energii odnawialnej i spraw społecznych o charakterze postępowym. A wszystko to pomimo powszechnej pogardy społeczeństwa dla takich stanowisk. Niemniej jednak partie Fianna Fáil i Fine Gael zlekceważą ryzyko porażki wyborczej w imię interesów swojego rozległego sektora organizacji pozarządowych, agencji quasi-rządowych i lobbystów, który do tej pory utrzymywał polityczną puszkę Pandory populistycznej prawicy szczelnie zamkniętą, przynosząc coraz mniejsze korzyści.

W rzeczywistości irlandzcy urzędnicy mogli niedawno uświadomić sobie swój wizerunek „super juniorów” w polityce europejskiej. Rada Ministrów ds. Zatrudnienia i Spraw Społecznych miała odbyć się w Ballinie w hrabstwie Mayo i trwać dwa dni — było to jedno z pierwszych spotkań ministerialnych w ramach irlandzkiej prezydencji w Radzie. A jednak na wydarzenie to, które w absurdalny sposób odbyło się w lokalnym liceum, nie pojawił się ani jeden znaczący europejski minister. Bez wątpienia politycy z partii Fianna Fáil przypomnieli sobie czasy Bertiego i Haugheya, kiedy to europejskie wydarzenia można było wykorzystać do zalania swoich okręgów wyborczych funduszami i wsparciem, aby zapewnić sobie reelekcję. Wydaje się jednak, że stara formuła nie sprawdza się już na poziomie strukturalnym, ponieważ Irlandia nie jest obecnie w stanie zorganizować spotkania z ludźmi, z którymi chce się spotkać! Zakłopotanie i arogancja wynikające z przekonania, że spotkanie „na wysokim szczeblu” można zorganizować w szkole średniej z dala od jakiegokolwiek większego irlandzkiego miasta, są szokujące, ale nie zaskakujące. Wątpliwe jest, czy Fianna Fáil, partia, która uważa się za słynną z kowbojskiej mentalności typu „strzelam z biodra”, ze względu na swoją kowbojską kulturę chłopaków, byłaby w stanie zorganizować nawet popijawę w browarze.

W nadchodzących miesiącach europejscy urzędnicy będą mieli okazję poznać zarówno zabawne, jak i katastrofalne w skutkach osobliwości irlandzkiej klasy politycznej. Irlandzcy politycy słyną z zamiłowania do niejasności i zaciemniania sprawy. Może to utrudniać ustalanie porządku obrad na szczeblu europejskim. Nie wspominając już o tym, że wielu irlandzkich polityków ma tendencję do wypowiadania się zbyt pewnie, zanim jeszcze ustalą, czy są w stanie podjąć działania. Innymi słowy, ich usta pracują na piątym biegu, podczas gdy mózgi pozostają na biegu jałowym.

Nie przejmują się też wcale zawstydzeniem. Weźmy na przykład irlandzkiego dyplomatę, który skomentował nieobecność wysokich rangą osobistości w Ballinie, mówiąc, że „szkoda, że ludzie nie przyjeżdżają, bo to piękna część kraju”. Sztuczka z Balliną mogła zadziałać na dotkniętego demencją Joe Bidena podczas jego oficjalnej wizyty w Irlandii, ale Europejczycy nie będą tolerować bycia przedmiotem farsy dla błahych interesów politycznych. Być może gdyby spotkanie nie odbyło się w szkole średniej na irlandzkiej prowincji, ich europejscy przyjaciele raczyliby przybyć. Niezależnie od tego fakt ten pokazuje, że Irlandia w rzeczywistości nie jest w stanie wywiązać się z obowiązków nałożonych na nią podczas przewodnictwa w Radzie. Z tego powodu możemy się spodziewać, że żaden z irlandzkich celów nie zostanie osiągnięty podczas kadencji Martina jako „króla Europy”.

Do tego dochodzi fakt, że irlandzkie widowisko związane z uroczystościami wymagało znacznego przekierowania zasobów policyjnych w celu zapewnienia obsługi niekończącej się serii spotkań „na wysokim szczeblu” oraz nieoficjalnych rozmów kwalifikacyjnych, które miały odbyć się w Dublinie i Cork. W momentach, gdy uwaga świata skupia się na kraju, jak na przykład podczas wizyty Joe Bidena w Dublinie i Ballinie, policjanci wyrastają jak grzyby po deszczu w miejscach, w których wcześniej nigdy nie patrolowali. Na same koszty działań policyjnych w trakcie irlandzkiej prezydencji przeznaczono 125 milionów euro. A jednak po zakończeniu tych wydarzeń ulice Dublina powrócą do swojego hałaśliwego, podupadającego i antyspołecznego stanu.

Co więcej, inwestycja w systemy obrony przed dronami wyłącznie na te sześć miesięcy świadczy o braku troski ze strony irlandzkiej elity politycznej o inwestycje w długoterminową infrastrukturę lub systemy obronne. W obawie przed powtórzeniem się sytuacji z dronami zauważonymi nad Morzem Irlandzkim podczas wizyty Zełenskiego w Dublinie, elita polityczna rozmieściła obecnie systemy obrony przeciwdronowej w głębi lądu, na lotnisku Casement, zamiast znaleźć odpowiednią lokalizację wzdłuż irlandzkiego wybrzeża, która faktycznie odpowiadałaby potrzebom obrony.

Jest jasne jak słońce, że Irlandia nie przygotowała się do sprawowania prezydencji w Radzie, a zachowanie irlandzkich polityków w tym okresie nie będzie wynikało z troski o obronę interesów europejskich ani z chęci negocjowania skomplikowanych planów budżetowych czy rozszerzenia Unii. Zamiast tego będzie to prozaiczna, pozbawiona wydarzeń prezentacja irlandzkiej arogancji politycznej, która bez wątpienia irytuje naszych europejskich braci, gdy będą oni wożeni po całej Irlandii na pokazy i prezentacje w okręgach wyborczych chorego i upadającego reżimu politycznego.