W ciągu niecałych pięciu lat ludzkość „ewoluowała” od „powrót do normalności nie nastąpi w najbliższym czasie”… do „powrót do normalności nie nastąpi w najbliższym czasie”. Pięć lat temu, w środku pandemii COVID-19, wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie: kiedy wrócimy do normalności? Odpowiedzi były różne: od „nigdy nie wrócimy do tego, co było” do „nie w najbliższej przyszłości”. Dziś słyszymy to samo pytanie i dokładnie te same odpowiedzi, ponieważ coraz więcej głosów mówi o najtrudniejszym kryzysie energetycznym, z jakim kiedykolwiek borykała się ludzkość.
Pięć lat temu globalny kryzys zdrowotny sprawił, że powrót do normalności stał się „niemożliwy” i „wymusił” wdrożenie bardzo surowych, wręcz szalonych ograniczeń, z których większość była bezpośrednio związana z mobilnością ludności. Dziś pogarszająca się sytuacja na globalnym rynku energii sprawi, że powrót do normalności będzie oczywiście „niemożliwy” i wkrótce wymusi drastyczne racjonowanie konsumpcji. To, co wydawało się środkiem wyjątkowym, stało się „rozwiązaniem”, o którym konsekwentnie się wspomina.
Wezwania do pilnego racjonowania zużycia energii nie są niczym nowym – wręcz przeciwnie. Nie trzeba wiele wysiłku, aby przypomnieć sobie narrację dotyczącą zmian klimatycznych i tego, jak „ważne” jest ograniczenie zużycia zasobów w celu ratowania środowiska.
„Zostań w domu, ratuj życie!” z lat 2020-2021 wydaje się dziś zamieniać w „zostań w domu, ratuj system energetyczny!”. Propaganda działa doskonale, podobnie jak podczas pandemii na początku dekady. Wydaje się to być nową normalnością, ale nie jest to ani nowe, ani z pewnością normalne.
Aby ocalić planetę, zaleca się nam teraz telepracę lub przynajmniej zaprzestanie korzystania z naszych pojazdów w celu dotarcia do pracy. Jest to ten sam rodzaj retoryki, wypowiadany przez tych samych „ekspertów”, którzy uczą nas przy każdej okazji (tj. kryzysie), jaki jest przepis na ratowanie planety.
Warto zwrócić uwagę na wypowiedź europejskiego komisarza ds. energii Dana Jørgensena sprzed kilku dni. „Musimy unikać fragmentarycznych reakcji krajowych i zakłócających sygnałów dla rynku, aby zapobiec dalszemu pogorszeniu warunków podaży i popytu” – powiedział Jørgensen dziennikarzom. Wezwanie do wspólnej i ujednoliconej reakcji. Zadziwiające – a może nie – jest to, jak podobne są te wypowiedzi do tych, które decydenci wygłaszali kilka lat temu.
Ile razy słyszeliśmy o pilnej potrzebie zapewnienia przez państwa członkowskie kompleksowej, skoordynowanej i ujednoliconej reakcji – jednej, oczywiście, zdecydowanie zalecanej przez Brukselę – na nasilający się kryzys zdrowotny? Zdecydowanie zbyt wiele razy. Tak jak teraz. „Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, niezwykle ważne jest, abyśmy działali razem” – stwierdził komisarz ds. energii. Podobnie jak podczas pandemii kryzysu sanitarnego.
Główne obawy dotyczą zużycia paliwa, które musi być ostrożnie zarządzane. Według Dana Jørgensena: „Im więcej można zrobić, aby oszczędzać ropę – zwłaszcza olej napędowy i paliwo lotnicze – tym lepiej dla nas”.
Mówiąc prościej, zostaw swoje samochody w garażu, przestań kupować bilety lotnicze, poświęć się w imię znacznie „wyższego” ideału. Twoje indywidualne pragnienia, potrzeby czy prawa nie mają znaczenia; liczy się tylko to, że stosujesz się do oficjalnych „zaleceń”. Ponieważ w rzeczywistości nie masz wyboru.
Odpowiedzią na każdy impas wydaje się być jedność w koordynacji. Działajmy działajmy razem aby ocalić ludzkość przed nią samą. Tak można przetłumaczyć powtarzające się w różnych formach oświadczenia komisarzy europejskich i innych przywódców, którzy nieustannie wzywają do skoordynowanych reakcji.
To, co dziś jest nam „zalecane”, jutro stanie się obowiązkowe. Odgrywaliśmy ten dramat już wcześniej, nie tak dawno temu. To, co dzieje się dzisiaj, niczym się nie różni. Melodia jest taka sama. „Zostań w domu, racjonalizuj swoje zasoby”. Blokady są tuż za rogiem.
Czy powrót do tego, co do niedawna nazywaliśmy „normalnością”, jest jeszcze możliwy?