Islandzka minister spraw zagranicznych Thorgerdur K. Gunnarsdóttir dąży do przeprowadzenia 29 sierpnia br. referendum w sprawie członkostwa Islandii w Unii Europejskiej. Mówi, że teraz jest właściwy moment, ponieważ nasze więzi ze Stanami Zjednoczonymi rozluźniają się, gdy prezydent Donald Trump odwraca się od Europy. Islandia ma wyjątkowe relacje z USA od 1951 roku, kiedy to podpisano traktat obronny między tymi dwoma krajami: Islandia stanowiła strategiczną lokalizację dla sił zbrojnych USA, podczas gdy Stany Zjednoczone gwarantowały bezpieczeństwo Islandii. Ale Thorgerdur i jej rząd próbowali podważyć tę relację. Bezsilny prezydent Islandii, który działa tylko za radą rządu, wahał się pogratulować Trumpowi zwycięstwa w wyborach w 2024 r., dopóki cisza nie stała się zbyt głośna. Partnerka prezydenta odrzuciła zaproszenie Melanii Trump do udziału w szczycie „pierwszych małżonków” na temat dobrobytu dzieci w Waszyngtonie w dniach 24-25 marca 2026 r.; wzięli w nim udział przedstawiciele 45 krajów, w tym Estonii, Francji, Gruzji, Polski, Izraela i Ukrainy. W marcu 2026 r. Thorgerdur ogłosił, że Islandia przyłączy się do sprawy RPA przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Żaden inny kraj nordycki tego nie zrobił. Być może trywialne, ale należycie odnotowane.
Islandzcy poborowi?
Thorgerdur zwraca uwagę, że w przyszłości kraje europejskie będą musiały wziąć większą odpowiedzialność za swoją obronę. Nie mogą polegać wyłącznie na USA. Ma rację. Ale Stany Zjednoczone nadal dowodzą najpotężniejszą armią na świecie, a krajom europejskim zajmie dziesięciolecia osiągnięcie punktu, w którym będą mogły bronić się bez wsparcia USA. Islandia jest również w szczególnej sytuacji, ponieważ jest tak samo strategicznie ważna dla USA jak Grenlandia, a zatem jest mało prawdopodobne, aby USA anulowały traktat obronny. Co więcej, gdyby UE miała ustanowić prawdziwe wojsko, gdyby Islandia stała się państwem członkowskim i gdyby wprowadzono powszechny pobór do wojska, Islandczycy nie otrzymaliby zwolnienia. Być może argument Thorgerdura za armią europejską można obrócić przeciwko członkostwu: może to być polityczny bumerang. Nawet gdy maleńka, odległa Islandia była rządzona przez Danię w latach 1380-1918, pobór do wojska nigdy nie został wprowadzony.
Dlaczego Bruksela chce Islandii
Thorgerdur mówi, że UE chętnie przyjęłaby Islandię jako członka. Ma rację. Brukselscy biurokraci sprawią, że członkostwo Islandii będzie tak łatwe, jak to tylko możliwe, z czterech powodów. Po pierwsze, Islandia jest zamożnym krajem, który wpłaciłby do UE znacznie więcej, niż by z niej wyciągnął. Po drugie, Islandia ma wiele zasobów, które brukselscy biurokraci chcieliby kontrolować: żyzne łowiska, obfite i odnawialne źródła energii oraz mnóstwo słodkiej wody. Po trzecie, sprawa dotyczy również Norwegii. Chociaż Norwegowie dwukrotnie odrzucili członkostwo, Norwegia jest uważana za pożądane państwo członkowskie z tych samych powodów, co Islandia, tylko znacznie bardziej: kraj jest zamożny i ma dużo ropy naftowej. Po czwarte, brukselscy biurokraci dążą do stworzenia europejskiego państwa federalnego, które konkurowałoby z USA o światową hegemonię. Bardzo chcieliby, aby Islandia przeniosła się z amerykańskiej do europejskiej strefy wpływów.
Tajna umowa?
Na pierwszy rzut oka decyzja Thorgerdura o wymuszeniu referendum tej jesieni wydaje się ryzykowna. Jak dotąd, dyskusja w Islandii ujawniła silne zastrzeżenia co do członkostwa w UE, a dwie partie popierające tę decyzję są w mniejszości. Thorgerdur jest jednak doświadczonym i przebiegłym politykiem. Musi wiedzieć coś, czego reszta z nas nie wie, być może przygotowując się do przedstawienia tego czegoś na kilka tygodni przed referendum. Myślę, że byłyby to zapewnienia UE w dwóch najbardziej problematycznych dziedzinach, rolnictwie i rybołówstwie. Jeśli chodzi o rolnictwo, UE mogłaby obiecać jeszcze bardziej hojny układ niż ten, który otrzymali Finowie, z wyłączeniami na północ od 62 równoleżnika (cała Islandia faktycznie znajduje się na północ od niego). W rybołówstwie pełna islandzka kontrola może zostać przyznana na dwadzieścia lat, z niejasną rozmową o tym, co stanie się później. Jak jednak przekonali się brytyjscy rybacy po przystąpieniu Wielkiej Brytanii do UE w 1973 r., takie rozmowy nic nie znaczą.