Kryzys migracyjny w Hiszpanii stanowi sprawdzian dla niedawno przebudzonej europejskiej centroprawicy. Czy uda im się wypracować poważną odpowiedź na działania hiszpańskiego rządu socjalistycznego, które podważają integralność europejskich granic?
Grupa Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim, niegdyś twórcy niezwykle liberalnej polityki imigracyjnej w skali całej Europy, w dążeniu do utrzymania swojej władzy politycznej zbliżyła się do nacjonalistycznych partii w parlamencie i podjęła przełomowe decyzje dotyczące rozpoczęcia deportacji oraz zabezpieczenia granic. Dla nacjonalistów i konserwatystów kadencja Ursuli von der Leyen jako przewodniczącej Komisji Europejskiej miała bardzo niewiele czynników legitymizujących, dlatego też zrozumiałe jest, że ona również poparła bardziej rygorystyczną politykę.
Wymagało to jednak wiele wysiłku, aby doprowadzić do tego, że europejskie centroprawicowe elity zajęły takie stanowisko. Przez dziesięciolecia wiele krajów Europy Zachodniej doświadczało ogromnych zmian społecznych w wyniku masowej imigracji, zarówno legalnej, jak i nielegalnej. Doprowadziło to nawet do destabilizacji wzorców wyborczych w tych krajach; nacjonaliści zyskiwali na koszt tradycyjnych partii prawicowych, ale nawet wtedy nigdzie nie widać było gotowości do reagowania na obawy konserwatywnych wyborców.
Sytuacja ta uległa pewnej zmianie wraz z kryzysem migracyjnym w latach 2015 i 2016. Kiedy konsekwencje niekontrolowanej imigracji stały się zbyt przytłaczające, wiele z tych centroprawicowych partii zaczęło zmieniać swoją retorykę. Zajęło im jednak jeszcze kilka lat, zanim przełożyły słowa na czyny. Są to owoce, które zebrano, gdy na początku tego roku zawarto nowe porozumienie migracyjne, które ułatwiło tworzenie ośrodków powrotowych w określonych krajach poza Europą dla nielegalnych migrantów, w tym legalnych migrantów, którzy utracili zezwolenia na pobyt z powodu przestępczości lub innych nadużyć.
Partie wchodzące w skład Europejskiej Partii Ludowej, a także podobnie myślące partie centroprawicowe, również próbowały na różne sposoby konkurować z nacjonalistami w swoich krajach. Najczęściej jednak wysiłki te wydają się połowiczne. Nie jest to zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że reprezentują one tradycję polityczną, która musi dźwigać jako swój krzyż współudział w europejskiej katastrofie migracyjnej XXI wieku. Wielu polityków, którzy nadal tworzą i kształtują ugruntowaną europejską centroprawicę, w głębi serca nadal wierzy w otwarte granice i wielokulturowość.
Czy pozwolą Sanchezowi uciec?
Hiszpański rząd, na czele z Pedro Sanchezem z Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, od dawna znajduje się w centrum uwagi Europy i w lutym tego roku, udzielając amnestii pół milionowi nielegalnych imigrantów, zdecydowanie zerwał z trendem politycznym polegającym na zaostrzaniu polityki migracyjnej. Sanchez został szybko uznany za czarnego charakteru przez nacjonalistów, ale doceniony przez europejską lewicę. Amnestia ta wysłała sygnał na cały świat, że Hiszpania, a co za tym idzie Europa, nadal może nagradzać nielegalną migrację stałymi pozwoleniami na pracę i pobyt.
Aby zilustrować wagę decyzji Sancheza, warto dokonać porównania ze Szwecją – krajem, który w latach 2010. był europejskim liderem w zakresie masowej imigracji.
W 2018 roku szwedzki rząd socjaldemokratyczny pod przewodnictwem Stefana Löfvena ogłosił warunkową amnestię dla maksymalnie 11 000 afgańskich migrantów, którzy przybyli nielegalnie podczas kryzysu migracyjnego. Jeśli ukończyliby szwedzką szkołę średnią, czyli gimnazjum, otrzymaliby legalny status. Polityka ta do dziś służy krytykom z prawicy, głównie Szwedzkim Demokratom, jako przykład lewicowej lekkomyślności, ponieważ dała ona sygnał innym potencjalnym nielegalnym imigrantom na całym świecie, że establishment polityczny „da im szansę”. Amnestia ta była ponadto wykorzystywana jako przykład tego, jak parlament kontrolowany przez lewicę może opracowywać i uchwalać niezwykle liberalne przepisy niemal z kaprysu, podczas gdy prawica musi mozolnie pracować miesiącami lub latami, by wprowadzić do prawa większe ograniczenia lub surowsze wymogi. Amnestia dla Afgańczyków była dla szwedzkich nacjonalistów prawdziwą traumą.
Szwecja liczy około dziesięciu milionów mieszkańców. Amnestia, która pozostawiła głębokie ślady w szwedzkiej polityce, dotyczyła jednego promila całej populacji.
Hiszpania, licząca prawie 50 milionów mieszkańców, została zmuszona przez swój rząd do zaakceptowania amnestii obejmującej jeden procent całej populacji. Zgodnie z pierwotnym zamiarem rządu amnestia mogła ostatecznie objąć prawie milion osób, co zwiększyłoby ten odsetek do dwóch procent. Nie można nie doceniać skali tej długofalowej katastrofy. Amnestia socjalistów praktycznie nie wprowadzała żadnych kryteriów selekcji; sygnał wysłany reszcie świata nie ma sobie równych wśród żadnych innych pojedynczych decyzji podjętych w 2015 roku.
Nietrudno powiązać tę amnestię oraz ogólne proimigracyjne nastawienie rządu Pedro Sancheza z „inwazją” na hiszpańską enklawę Ceuta w Afryce pod koniec lipca. Aż 60 000 migrantów, głównie pochodzenia marokańskiego, ominęło ogrodzenia graniczne, często przepływając je wpław. Reakcja Hiszpanii wydawała się mało zdecydowana. Zamiast potępić to przestępcze naruszenie i dać do zrozumienia, że nielegalna imigracja do Unii Europejskiej jest niedopuszczalna, Pedro Sanchez wydawał się bardziej zajęty odpieraniem krytyki ze strony innych europejskich polityków.
Rządy Danii i Włoch, które często przodują w nowych inicjatywach UE dotyczących zapobiegania nielegalnej migracji do Europy, ponownie przejęły inicjatywę i otwarcie wezwały do zawieszenia członkostwa Hiszpanii w strefie swobodnego przepływu osób Schengen. To, że dwaj europejscy premierzy wezwali do podjęcia takich działań wobec innego państwa członkowskiego UE z takich powodów, jest niemal bezprecedensowe, zwłaszcza w kontekście kwestii migracyjnych. Rzadko zdarza się – i jest to bardzo mile widziane – aby europejscy przywódcy tak poważnie traktowali zagrożenie nielegalną imigracją. Rząd Sancheza w Madrycie wyrządza nie tylko Hiszpanii ogromne szkody, ale także naraża cały kontynent na niebezpieczeństwo, że jego naiwność w kwestii imigracji spowoduje jeszcze większą presję na resztę Europy.
Pomimo tego oczywistego zagrożenia jak dotąd niewiele oficjalnych głosów domagało się od Hiszpanii podjęcia jakichkolwiek działań. Wróćmy do problemu centroprawicy, która nie angażuje się w rozwiązanie europejskiego problemu migracyjnego.
Jedną rzeczą jest przełknięcie dumy przy kilku okazjach i pozwolenie nacjonalistom na przeforsowanie w parlamencie tego, co – szczerze mówiąc – jest oczywiste: że nielegalni imigranci muszą zostać deportowani. Zupełnie inną sprawą jest jednak bezpośrednie kwestionowanie, zarówno słowami, jak i czynami, działań innego rządu europejskiego, zwłaszcza gdy rząd ten jest kierowany przez twoich przyjaciół. Tak, europejski establishment polityczny, obejmujący większość głównych partii centrolewicowych i centroprawicowych, które od dziesięcioleci znają się nawzajem i utrzymują braterskie stosunki ponad formalnymi podziałami politycznymi, prawdopodobnie odczuwa poczucie solidarności. Dla przeciętnego europejskiego polityka centroprawicowego socjalistyczna partia Pedro Sancheza nie jest pariasem. To „rozsądna” i „szanowana” partia lewicowa w Hiszpanii, a nie jacyś populistyczni nowicjusze. Ci politycy negocjowali, podawali sobie ręce i śmiali się razem z poprzednikami Sancheza.
To milczące porozumienie dotyczące postępowania, które istnieje między uznanymi partiami (ale rzadko obejmuje partie, które poważnie kwestionują dekadencję i wady Unii Europejskiej), jest powodem, dla którego prawdopodobnie nie zostaną podjęte żadne poważne działania przeciwko Hiszpanii.
Problem z rządem Pedro Sancheza wykracza poza 60 000 migrantów, którzy sforsowali granicę w Ceucie. Lutowa amnestia powinna była wzbudzić niepokój w stolicach europejskich, ale tak się nie stało. Czy dla politycznego establishmentu fakt, że być może milion nielegalnych migrantów otrzymało prawo stałego pobytu i zezwolenie na pracę w Hiszpanii, a co za tym idzie w całej Europie, jest „sprawą wewnętrzną”, do której zagraniczny rząd nie powinien się wypowiadać? Nadszedł czas, aby europejscy politycy pokazali, że ich poparcie dla deportacji i trwałego powstrzymania niekontrolowanej imigracji do naszego domu to nie tylko chwilowa moda polityczna, ale rzeczywiste przekonanie.