Dziesiątki milionów na zburzenie rumuńskich tam

Środowisko - 2026-06-01

Sieć finansowanych z zagranicy organizacji ekologicznych obrała sobie za cel rumuńskie tamy, z budżetami sięgającymi dziesiątek milionów euro i co najmniej ośmioma obiektami na liście docelowej. Kampania pojawia się w najgorszym możliwym momencie: zaledwie sto kilometrów od Bukaresztu, kontrolowane opróżnianie jednego dużego zbiornika pozostawiło dziesiątki tysięcy ludzi bez wody pitnej przez sześć miesięcy. Rumunia nie musi sobie wyobrażać, co się dzieje, gdy ingeruje się w tamę. Przeżywa to na własnej skórze.

Siłą napędową jest koalicja o nazwie „Dam Removal Europe”, koordynowana przez WWF Netherlands i wspierana przez Open Rivers Programme. Jej nowy projekt regionalny, „Rozszerzenie demontażu zapór: plan wdrożenia dla Europy Południowo-Wschodniej”, otwiera się z budżetem w wysokości 1,2 miliona euro, a jego założeniem jest to, że Rumunia i Bałkany „pozostały w tyle” za resztą kontynentu w usuwaniu barier z rzek. Według doniesień, aktywiści zgłosili już osiem rumuńskich zapór, a cztery z nich mają zostać wyburzone w latach 2024-2025. Szerszą ambicją UE, wpisaną w cele bloku w zakresie różnorodności biologicznej, jest 25 000 kilometrów rzek bez barier do 2030 roku.

Krajowe władze wodne, Apele Române, twierdzą, że nie ma europejskiego nakazu rozbiórki strategicznych zapór, a często cytowana liczba „1,2 miliona zapór” odnosi się w przeważającej mierze do małych, przestarzałych jazów, a nie do gigantów, takich jak Porțile de Fier, Bicaz, Vidraru czy Paltinu. To prawda na papierze. W praktyce zagrożeniem w Rumunii nigdy nie był nakaz rozbiórki wydany przez Brukselę. Zagrożeniem jest sala sądowa. Tama w Răstolița jest ukończona w 90% i nigdy nie wyprodukowała ani jednej kilowatogodziny, zamrożona na dziesięciolecia przez prawne wyzwania ze strony grup ekologicznych. Nie trzeba dynamitować tamy, aby ją zneutralizować. Wystarczy procesować się aż do wyczerpania pieniędzy.

W sierpniu 2025 r. firma Hidroelectrica rozpoczęła pierwszą całkowitą redukcję mocy w około 60-letniej historii Vidraru. Nie była to akcja organizacji pozarządowej, ale planowana modernizacja jednego z najważniejszych kompleksów hydroenergetycznych w kraju o wartości 188 milionów euro. Była ona skrupulatna, autoryzowana i towarzyszyły jej lata pozwoleń. A mimo to poszło źle dla ludzi mieszkających poniżej tamy. Do listopada 2025 r. woda dostarczana do Curtea de Argeș i sąsiednich gmin Valea Danului, Valea Iașului i Băiculești (łącznie około 40 000 mieszkańców) została uznana za niezdatną do picia. Kontrolowane zrzuty spowodowały, że zmętnienie surowej wody znacznie przekroczyło możliwości stacji uzdatniania w Cerbureni, zbudowanej w 1973 r. i zaprojektowanej z myślą o czystej wodzie. Inspektorzy zdrowia publicznego znaleźli wówczas w systemie niebezpieczne bakterie, takie jak clostridium i enterokoki jelitowe, i ogłoszono stan alarmowy. Sześć miesięcy później kryzys jeszcze się nie skończył. Mieszkańcy ustawiają się w kolejkach do źródeł i około 20 pojemników na wodę, ceny wody butelkowanej wzrosły, a raport techniczny podobno wykazał, że zbiorniki wody filtrowanej stacji nie były czyszczone ani dezynfekowane od około dwóch dekad. Sam burmistrz podsumował to jasno: nikt nie wiedział, co się stanie, gdy zacznie wypuszczać wodę z jeziora.

Jest to kluczowa kwestia, której żaden fact-check nie może pominąć. Vidraru było kontrolowaną operacją prowadzoną przez samego operatora, z pozwoleniami środowiskowymi i ustalonym harmonogramem, a mimo to odcięło czystą wodę dla 40 000 ludzi na pół roku. Wyobraźmy sobie teraz, że logika ruchu na rzecz usuwania zapór została zastosowana na stałe: bariery usunięte na dobre, zbiorniki opróżnione nie ze względu na konserwację, ale z zasady, bufor między nastrojami rzeki a miastami poniżej niej po prostu zniknął.

Rumunia podąża ścieżką, którą przed laty podążała Hiszpania. Hiszpania stała się mistrzem Europy w usuwaniu zapór, demontując 108 zapór w 2021 r., kolejne 133 w 2022 r. i łącznie ponad 200 przestarzałych zapór i jazów. Rekord świętowany jako postęp ekologiczny. Następnie, w październiku 2024 r., system burzowy DANA zatopił region Walencji i zabił ponad 200 osób w jednych z najbardziej śmiercionośnych powodzi błyskawicznych, jakie kraj kiedykolwiek widział. Nastąpił wściekły spór narodowy: czy kultura, która traktowała tamy jako złoczyńców i broniła „dzikich” rzek, po cichu umniejszyła znaczenie mało efektownej pracy, jaką wykonują zapory: spowalnianie wody, kupowanie czasu, ochrona miast?
Hiszpańscy weryfikatorzy faktów i urzędnicy wodni odrzucają jakikolwiek bezpośredni związek przyczynowy, argumentując, że zburzone struktury były niewielkimi jazami niezdolnymi do regulacji powodzi na taką skalę. Mogą mieć rację co do tych konkretnych barier. Ale głębsza lekcja przetrwała: kontynent, który zdecydował, że tamy są przeszkodami, przechyli każdą bliską rozmowę w kierunku ich usunięcia, a woda nie negocjuje z ideologią. Tamy, jak powtarzają rumuńscy inżynierowie, wykonują dwie ważne prace jednocześnie: generują energię i powstrzymują katastrofę.

Rumunia stoi teraz dokładnie tam, gdzie kiedyś stała Hiszpania, ale ze świeższą raną. Jest to kraj, który stracił już setki milionów z funduszy UE na odbudowę, ponieważ nie zdołał zrekultywować swoich zapór, który przez pokolenie obserwował, jak Răstolița rdzewieje, i który w tej chwili wozi wodę pitną kontenerami dla 40 000 ludzi, ponieważ jeden zbiornik został obniżony w kontrolowanych warunkach.