Wszystko kręci się wokół energii

Energia - 2026-07-31

Liczby po prostu się nie zgadzają

Odkąd pod koniec lutego rozpoczęły się amerykańskie i izraelskie operacje przeciwko Iranowi, świat odnotował spadek dostaw ropy naftowej o około dziewięć i pół miliona baryłek dziennie w porównaniu z poziomami sprzed wojny. Eksport z krajów Zatoki Perskiej, w tym ilości transportowane z pominięciem Cieśniny Ormuz, a nie przez nią, wyniósł w czerwcu nieco ponad szesnaście milionów baryłek dziennie, w porównaniu ze średnią przedwojenną wynoszącą dwadzieścia cztery miliony. Irak wstrzymał około połowy wydobycia ropy z powodu braku miejsc magazynowych. Konsorcjum Rurociągu Kaspijskiego zawiesiło załadunki po atakach na tankowce, co zakłóciło około osiemdziesiąt procent eksportu Kazachstanu. Huti ogłosili embargo morskie wobec Arabii Saudyjskiej, zamykając szlak przez Morze Czerwone, który miał stanowić alternatywę dla Cieśniny Ormuz. Międzynarodowa Agencja Energetyczna porównała tę sytuację do jednoczesnego nadejścia obu kryzysów naftowych z lat 70.

A jednak cena ropy Brent zamknęła się w zeszłym tygodniu na poziomie około dziewięćdziesięciu siedmiu dolarów.

W 1974 roku zakłócenie o zaledwie ułamkowej skali tego zjawiska spowodowało czterokrotny wzrost ceny ropy i położyło kres powojennemu boomowi gospodarczemu. W 2026 roku wyeliminowaliśmy blisko jedną dziesiątą światowych dostaw płynnych nośników energii, przejęliśmy kontrolę nad szlakiem wodnym, którym transportowana jest jedna piąta światowej ropy i jedna piąta skroplonego gazu ziemnego, a cena referencyjna wynosi o około czterdzieści procent więcej niż na początku roku. Na początku lipca cena na krótko osiągnęła poziom sześćdziesięciu ośmiu dolarów — o dwa dolary poniżej poziomu sprzed wojny, przy trwającym konflikcie i cieśninie zamkniętej dla normalnego ruchu.

To nie jest odporność. A teraz mamy już całkiem niezłe pojęcie o tym, czym ona właściwie jest.

Różnica wynosząca czterdzieści dolarów

Decydującym dowodem nie jest sama cena. Jest nim rozbieżność między dwiema cenami. W artykule opublikowanym w magazynie „Foreign Policy” zauważono, że w kwietniu, podczas gdy ceny rynkowe były znacznie niższe, Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) odnotowała fizyczny obrót ropą naftową po cenie bliskiej stu pięćdziesięciu dolarów za baryłkę. Ładunki – rzeczywista ropa, faktycznie dostarczona – były rozliczane na poziomie, którego rynek kontraktów terminowych nie chciał uznać. Przedstawione wyjaśnienie jest niekomfortowe, ale całkowicie prawdopodobne: przez całą wiosnę inwestorzy wyceniali rynkowe ceny w oparciu o założenie, że prezydent stojący w obliczu wyborów śródokresowych i niestabilnego rynku akcji ulegnie, zanim dopuści do przedłużającego się niedoboru. Zabezpieczali się opcjami zamiast gromadzić kontrakty. Ceny rynkowe pozostawały na niskim poziomie nie dlatego, że ropa była dostępna, ale dlatego, że rynek obstawiał polityczną tolerancję jednej osoby.

To rynek, który przestał uwzględniać w cenach czynnik niedoboru i w związku z tym stał się sztuczny. Rynek energii-widmo.

Zarządzanie liczbą zamiast podażą

To, co sprawia, że nie jest to tylko ciekawostka, to fakt, że strategia ta wydaje się być dostrzegana i realizowana również przez drugą stronę.

W marcu sekretarz spraw wewnętrznych Doug Burgum publicznie przyznał, że administracja Trumpa rozważała interwencję na rynkach kontraktów terminowych na ropę w celu obniżenia cen. Powiedział, że odbywały się rozmowy na ten temat; w administracji i w branży handlu energią jest wielu kompetentnych ludzi; wywarcie wpływu na rynek poprzez bezpośrednią interwencję wymagałoby ogromnych środków. Nie chciał jednak powiedzieć, czy podjęto jakieś działania. Szef grupy giełdowej nadzorującej kontrakty terminowe na ropę West Texas Intermediate zauważył, że handel instrumentami pochodnymi przez rząd federalny w celu stłumienia cen ropy naftowej stanowiłby katastrofę o biblijnych rozmiarach.

Jednak już w czerwcu zrezygnowano z subtelności. Szef sztabu naciskał na doradców, by znaleźli jakiekolwiek rozwiązanie, które obniżyłoby ceny paliwa na stacjach; doradcy, jak to ujął jeden z dyrektorów z branży energetycznej, byli krzyczeni, by dostarczyli dobre wiadomości; ten sam dyrektor opisał, jak koledzy gorączkowo szukali komunikatów i treści, by przeciwdziałać tej narracji. Rzecznik prasowy odrzucił tę relację jako niepotwierdzoną plotkę i podkreślił, że nikt nie wpadł w panikę.

Zwróć uwagę na cel tego działania. Nie chodziło o zwiększenie podaży — nie było bowiem żadnej podaży, którą można by zwiększyć, i właśnie w tym tkwi cały problem. Celem było sterowanie liczbami, a narzędziem był język. Towarzyszyło temu największe w historii Stanów Zjednoczonych uwolnienie rezerw awaryjnych, które spowodowało spadek zapasów strategicznych do najniższego poziomu od dziesięcioleci; wiceprezydent głośno wyrażający nadzieję, że światowe zapasy zostaną uzupełnione podczas trwającego trzy tygodnie zawieszenia broni; oraz prezydent ogłaszający, że rosnące ceny są dobre, ponieważ Ameryka zarabia mnóstwo pieniędzy, że uwielbia inflację oraz że ceny ropy spadną jak kamień w chwili zakończenia wojny.

Przez cały ten czas cena wahała się o dwadzieścia i trzydzieści dolarów w zależności od poszczególnych komunikatów. Cena ropy Brent wzrosła o prawie dziesięć procent w ciągu jednej sesji i o cztery procent następnego dnia, gdy wznowiono działania wojenne. Spadła o cztery procent po doniesieniach, że Pakistan, przy wsparciu Chin, próbuje wznowić rozmowy. Sytuacja nieco się uspokoiła, gdy irański rzecznik stwierdził, że negocjacje mogą być prowadzone na warunkach korzystnych dla Teheranu. Ceny gazu w Europie spadły w kwietniu o pięć procent wyłącznie na podstawie sugestii prezydenta, że wojna może zakończyć się za dwa lub trzy tygodnie. Tankowce nie ruszyły. Cieśnina nie została otwarta. Produkcja irańska nie wzrosła. Zmieniła się jedynie retoryka.

Dwa kanały transmisji

W jaki sposób komunikacja przekłada się na cenę? Poprzez dwa kanały, z których drugi jest nowy.

Pierwsza sytuacja jest dobrze znana. Handlowcy, kadra kierownicza i inwestorzy analizują oświadczenia polityczne, formułują oceny prawdopodobnych wyników i dostosowują swoje pozycje. Wiarygodny sygnał wskazujący, że porozumienie jest bliskie, zmniejsza postrzegane prawdopodobieństwo przedłużających się zakłóceń, a krzywa się spłaszcza. Tak było zawsze i nie jest to samo w sobie niczym patologicznym; intencje polityczne stanowią informację o przyszłości, a rynki mają za zadanie wyceniać przyszłość.

Drugim kanałem jest uczenie maszynowe, a raczej „papugowanie”. Zautomatyzowana analiza nastrojów przetwarza strumienie wiadomości już od dwóch dekad, ale sposób interpretacji uległ zmianie raczej pod względem charakteru niż stopnia. Podczas gdy wcześniejsze systemy porównywały słowa kluczowe ze słownikami, modele językowe interpretują kontekst, ton wypowiedzi, sformułowania ograniczające i ironię — różnicę między stwierdzeniami typu „nie wykluczamy rozmów” a „rozmowy są przygotowywane”. Wydobywanie sygnałów nastrojów z tekstu nieustrukturyzowanego na potrzeby strategii ilościowych należy obecnie do najbardziej znaczących komercyjnie zastosowań generatywnej sztucznej inteligencji w finansach, popartej obszerną literaturą naukową i coraz szerszym wdrożeniem komercyjnym. Systemy nieustannie zbierają nagłówki, transkrypcje, posty i depesze, oceniają je i przekazują wyniki do realizacji zleceń.

A te systemy nie udzielają porad. One po prostu prowadzą transakcje.

To właśnie ten aspekt umyka większości komentarzy na ten temat. Strumienie wiadomości w formacie nadającym się do odczytu maszynowego, sprzedawane przez największe agencje danych finansowych, istnieją wyłącznie w jednym celu: aby były przetwarzane przez oprogramowanie, a nie czytane przez ludzi. Komunikat trafia do sieci, jest analizowany, oceniany i w ciągu mikrosekund staje się zrealizowanym zleceniem. Żaden człowiek tego nie autoryzuje. Żaden człowiek nie widzi go, dopóki nie pojawi się w rejestrze transakcji. Architektura została celowo zaprojektowana w ten sposób, ponieważ cała przewaga konkurencyjna polega na wyeliminowaniu czynnika ludzkiego, a system ten działa na dużą skalę już od prawie dwóch dekad. To, co się zmieniło, to nie automatyzacja, ale zrozumienie: dopasowywanie słownikowe pozwalało rozpoznawać jedynie słowa, podczas gdy model językowy potrafi ocenić ton wypowiedzi, wykryć sformułowanie zabezpieczające i przypisać prawdopodobieństwo do intencji. Maszyny przeszły od odczytywania słownictwa do odczytywania znaczenia, i to nadal one naciskają przycisk.

Poniżej znajduje się bardziej elastyczny poziom, działający na tej samej zasadzie. Notatki analityczne są sporządzane przy pomocy modeli; podsumowania z terminali są generowane, a nie pisane; inwestorzy detaliczni, których liczba nie jest mała, przed podjęciem działań pytają chatbota, jak zinterpretować wiadomości — a coraz większa część z nich posiada obecnie konta połączone z narzędziami, które mogą działać w ich imieniu. Na każdym poziomie, od ofert instytucjonalnych po prywatne portfele, interpretacja języka politycznego jest w coraz większym stopniu realizowana przez systemy, które przetwarzają ten język jako dane i przekształcają go bezpośrednio w pozycje rynkowe.

Należy jasno powiedzieć, jakie są tego konsekwencje. Jedno zdanie prezydenta może wpłynąć na zmiany o wartości miliardów dolarów na rynkach ropy, gazu, akcji i walut, zanim ktokolwiek zdąży je przeczytać do końca.

Istnienie tego kanału jest udokumentowane; jego znaczenie w konkretnym przypadku jest wnioskiem i jako taki powinno być oznaczone. Nie ma jednak wątpliwości co do kierunku działania tej zachęty. Jeśli rosnący udział w marginalnej ofercie stanowią maszyny traktujące oświadczenia polityczne dosłownie — maszyny, które nie mogą odwiedzić portu, nie potrafią policzyć tankowców i nie potrafią odróżnić memorandum, które pozostanie w mocy, od takiego, które zostanie odwołane trzy tygodnie później — wówczas zyski z wydania właściwego oświadczenia odpowiednio rosną. Słowa trafiają do systemu jako dane; opuszczają go jako ceny; ceny stają się wskaźnikiem inflacji; wskaźnik ten staje się polityczną rzeczywistością, która uzasadniła te słowa.

A co zatem z Europą?

W swojej pierwszej kadencji prezydent ten uczynił sprzeciw wobec projektu „Nord Stream 2” znakiem rozpoznawczym polityki transatlantyckiej. Nałożył sankcje na ten projekt, naciskał na Berlin, by z niego zrezygnował, promował amerykański gaz skroplony w całej Europie pod hasłem wolności, a później chwalił się, że doprowadził do jego upadku. Niezależnie od tego, co można sądzić o stosowanych metodach, logika strategiczna była spójna i zasadniczo słuszna: gazociąg dostarczający rosyjski gaz bezpośrednio do Niemiec z pominięciem Polski, Słowacji i Ukrainy był narzędziem wywierania nacisku przebranym za przedsięwzięcie komercyjne, a Europa głupio go pragnęła.

Obecnie stanowisko to uległo zmianie i trwają nieoficjalne negocjacje mające na celu wznowienie budowy gazociągu w ramach porozumienia z Moskwą: Richard Grenell, wysłannik prezydenta ds. misji specjalnych i jego były ambasador w Berlinie, wielokrotnie odwiedza siedziby spółek operujących projekt w szwajcarskim kantonie Zug; finansista Stephen Lynch stara się o zezwolenie Departamentu Skarbu na nabycie udziałów; Matthias Warnig, były oficer wywiadu NRD i powiernik Putina, pełni rolę pośrednika. Grenell zaprzeczył swojemu udziałowi w tych działaniach. Nie zawarto żadnej umowy, Niemcy nadal odmawiają zgody, a sankcje UE pozostają w mocy. Jeden z dwóch odcinków rurociągu pozostaje nienaruszony i nadal jest wypełniony gazem.

Warto jednak zwrócić uwagę na charakter tej sytuacji. Ta sama administracja, która obecnie jest największym dostawcą gazu do Unii Europejskiej – amerykańskie dostawy stanowią obecnie około trzydziestu procent całkowitego importu gazu do Unii – ma w Szwajcarii swojego wysłannika, który negocjuje przywrócenie rosyjskiej alternatywy jako karty przetargowej w wojnie finansowanej przez Europę, na kontynencie, którego rządy nie biorą udziału w tych rozmowach. O przyszłości energetycznej Europy decydują w jednym ze szwajcarskich kantonów amerykański wysłannik i rosyjski pośrednik. To, czy umowa dojdzie do skutku, nie ma już prawie żadnego znaczenia. Sam fakt, że w ogóle toczy się o nią negocjacje, mówi Europejczykom wszystko, co powinni wiedzieć o swojej pozycji.

W tym miejscu argumentacja zmienia kierunek i musi to nastąpić w sposób uczciwy, ponieważ pokusa, by uczynić z tego opowieść o amerykańskich nadużyciach, jest właśnie tym odruchem, który w pierwszej kolejności doprowadził do powstania tej słabości.

Liczby są bezlitosne. Kiedy na początku marca irańskie drony zaatakowały obiekty w Katarze, firma QatarEnergy wstrzymała produkcję w Ras Laffan i Mesaieed — co stanowiło około jednej piątej światowej podaży LNG oraz około piętnastu procent importu LNG do Unii Europejskiej. Holenderskie kontrakty terminowe TTF wzrosły o trzydzieści pięć procent w ciągu jednej sesji i o siedemdziesiąt sześć procent w ciągu tygodnia, osiągając poziom pięćdziesięciu sześciu euro za megawatogodzinę, co stanowi najwyższy poziom od trzech lat. Marzec zakończył się wzrostem cen gazu w Europie o blisko sześćdziesiąt procent, co stanowi największy miesięczny wzrost od września 2021 roku. Indeks cen gazu Banku Światowego wzrósł w ciągu miesiąca o dwadzieścia cztery procent: azjatycki indeks referencyjny o dziewięćdziesiąt cztery procent, a europejski o pięćdziesiąt dziewięć, ponieważ azjatyccy nabywcy przebijali oferty europejskie w walce o marginalne ładunki.

Sytuacja na początku sezonu uzupełniania zapasów jest gorsza, niż sugerują to nagłówki w mediach. Poziom zapełnienia europejskich magazynów wynosi zaledwie nieco ponad pięćdziesiąt procent, co stanowi historycznie niski poziom jak na koniec lipca. Według oceny Wood Mackenzie nawet w najlepszym scenariuszu — przywróceniu przez Katar pełnej zdolności produkcyjnej do końca września, z wyłączeniem dwóch uszkodzonych linii produkcyjnych — poziom zapełnienia europejskich magazynów osiągnąłby jedynie siedemdziesiąt pięć procent do 1 listopada, w porównaniu z pięcioletnią średnią wynoszącą dziewięćdziesiąt procent. Popyt w Azji powrócił do poziomu z 2025 roku. Przez kolejne dziewięć do dwunastu miesięcy nie spłynie prawie żadna nowa partia LNG. Niskie zapasy, jak to ujęli, praktycznie gwarantują wysokie ceny przez całą zimę i aż do 2027 roku.

Pod względem strukturalnym: jedna czwarta gazu w Europie dostarczana jest w postaci LNG. Jedna piąta światowego LNG przepływa przez cieśninę, której Europa nie jest w stanie obronić i nad którą nie sprawuje kontroli. Trzydzieści procent importu gazu do Unii pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Koszty energii w Europie są ustalane przez irańskiego operatora dronów, azjatyckiego oferenta na rynku spotowym oraz amerykańską konferencję prasową – mniej więcej w tej kolejności – a Europa nie ma wpływu na żadną z tych trzech stron.

A teraz szczera prawda. Nic z tego nie zostało nam narzucone. Sami to sobie zrobiliśmy. Ta podatność na zagrożenia sięga czasów znacznie wcześniejszych niż obecna administracja w Waszyngtonie i nie ma z nią nic wspólnego. Niemcy zamknęły działające elektrownie jądrowe w połowie dekady, w której pogłębiały swoją zależność od rosyjskiego gazu przesyłanego rurociągami, i nazwały to połączenie strategią. Kontynent prowadził politykę energetyczną jako działanie regulacyjne – cele, taksonomie, systemy ujawniania informacji, wykazy – a nie jako działanie strategiczne skupione na kadłubach statków, terminalach, reaktorach, magazynowaniu i długoterminowych umowach. Gratulował sobie spadku emisji na swoim terytorium, jednocześnie przenosząc przemysł, który je generował: ponad połowa śladu emisyjnego Wielkiej Brytanii wynika obecnie z importu, w porównaniu z około jedną trzecią w 1990 roku; emisje Norwegii oparte na zużyciu przekraczają szesnaście ton na mieszkańca, podczas gdy średnia światowa wynosi poniżej ośmiu. Osiągnięcie to było rzeczywiste w krajowych wykazach, ale w dużej mierze fikcyjne w atmosferze, a uzyskano je właśnie dzięki potencjałowi przemysłowemu, którego wymaga kryzys tego rodzaju.

Kontynent, który przez dwadzieścia lat pozwalał sobie na rolę podmiotu przyjmującego ceny, nie może potem narzekać, że to inni je ustalają. Co zatem zrobi Europa? Nie może wynegocjować niższej ceny; nikt jej nie słucha, a ona nie ma czym grozić. Nie może w nieskończoność przebijać ofert Azji, ponieważ jej przemysł nie jest w stanie pokryć tych kosztów i już pokazał, co się dzieje, gdy próbuje to robić. Nie może polegać na amerykańskich dostawach, traktując jednocześnie amerykańskie działania w zakresie kształtowania narracji oraz amerykańskie nieoficjalne kanały komunikacji w Zug jako czynniki zewnętrzne, a nie strategiczne zagrożenia. Pozostaje to, co nie jest efektowne, ale ma charakter materialny: wiążące długoterminowe umowy zamiast transakcji spotowych; wymogi dotyczące magazynowania egzekwowane przed sezonem, a nie omawiane w jego trakcie; moce jądrowe traktowane jako strategiczny atut, a nie polityczne utrapienie; sieć energetyczna i połączenia międzysieciowe budowane w tempie programu bezpieczeństwa; obecność marynarki wojennej proporcjonalna do faktu, że jedna piąta gazu kontynentu zależy od swobody żeglugi, którą obecnie zapewnia ktoś inny.

Oto program działania poważnego średniego mocarstwa: nie ambicja ustalania cen – czego Europa nie osiągnie w tym pokoleniu – ale zdolność do przetrwania cen, których sama nie ustala.

Droga do zguby

Nie ma nic z natury niewłaściwego w kształtowaniu oczekiwań. Robi to każdy bank centralny; „forward guidance” to doktryna, zgodnie z którą słowa mogą zastąpić działania. Jednak bank centralny kształtuje oczekiwania dotyczące zmiennej, nad którą ostatecznie sprawuje kontrolę. Natomiast nikt nie kontroluje Cieśniny Ormuz za pomocą oświadczeń.

Różnica między wyceną rynkową a wartością rzeczywistą ładunku stanowi dług, finansowany przez wiarygodność — przez gotowość rynku do uwierzenia, że rozliczenie nastąpi zawsze za trzy tygodnie, ponieważ tak mu wielokrotnie powtarzano przez osoby, którym zależy na tym, by w to uwierzono, a w coraz większym stopniu także przez systemy, które nie potrafią odróżnić stwierdzenia od faktu. Wiarygodność jest zasobem ograniczonym i zużywa się szybciej, niż się gromadzi. Kiedy się wyczerpie, cena papierowa nie będzie stopniowo zbliżać się do ceny fizycznej. Nastąpi gwałtowny skok… a światowa gospodarka ulegnie załamaniu.