Szczyt w Pekinie nie został zaprojektowany z myślą o Europie. Kiedy Trump i Xi zakończyli swoje dwudniowe spotkania 15 maja, komunikaty, ogłoszenia handlowe i starannie zainscenizowane pokazy dwustronnej przyjaźni były skierowane do Waszyngtonu, Pekinu i ich krajowych okręgów wyborczych. Europa zapisała się w architekturze tego spotkania jako nieobecna. Nie było to niedopatrzenie – był to warunek strukturalny. Zrozumienie, dlaczego ten stan istnieje i czego wymaga, jest obecnie najpilniejszym zadaniem w europejskim myśleniu strategicznym.
Najgłębsza rewelacja szczytu nie dotyczyła żadnej konkretnej umowy ani sformułowania dyplomatycznego. Chodziło o rodzaj świata budowanego wokół Europy, podczas gdy Europa obraduje. Jest to świat zorganizowany przez logikę imperialną – przez zdolność ogromnych, spójnych bloków do kontrolowania tego, czego potrzebują inni i przekształcania tej kontroli w warunki polityczne. Ameryka kontroluje architekturę globalnych finansów, najnowocześniejsze technologie wojskowe i standardy rządzące gospodarką cyfrową. Chiny kontrolują przepływy materiałów, od których zależy nowoczesny przemysł, skalę produkcji, której nie dorównuje obecnie żaden rywal, oraz strategiczną cierpliwość, która w ostatnich latach wielokrotnie się potwierdziła. Obie potęgi negocjują z pozycji siły, ustalają agendy, a nie reagują na nie, i oczekują dostosowania od tych, którzy nie mają porównywalnej siły nacisku. Europa, która zbudowała całą swoją powojenną tożsamość wokół zastąpienia dokładnie tej logiki zasadami, instytucjami i połączoną suwerennością, stoi teraz w obliczu faktu, że jej dwie najważniejsze relacje zewnętrzne są rządzone przez mocarstwa, które odeszły od porządku zbudowanego przez Europę. Pytanie, które się z tym wiąże, nie jest wygodne, ale jest jasne: czy Europa rozwinie atrybuty imperialnego bloku – spójnego, zdolnego, strategicznie samokierującego się – czy też zaakceptuje rolę dobrze zarządzanej zależności?
Ściśnięte z obu stron
Instynktem wielu europejskich stolic w obliczu tego pytania jest postrzeganie go przede wszystkim jako odpowiedzi na chińskie ambicje. Takie podejście jest niepełne i coraz bardziej mylące. Presja wywierana na europejską autonomię strategiczną ma swoje źródło zarówno w Waszyngtonie, jak i w Pekinie, a pod pewnymi względami amerykański wkład był bardziej destabilizujący, ponieważ podważył założenia, na których zbudowano europejską architekturę bezpieczeństwa.
Ostatnie dwa lata to ciągła demonstracja amerykańskiej niewiarygodności wobec najbliższych partnerów. Bariery celne nałożone na europejski eksport bez konsultacji lub rozróżnienia na sojuszników i przeciwników. Publiczne kwestionowanie tego, czy Stany Zjednoczone wywiążą się ze swoich zobowiązań w zakresie zbiorowej obrony wobec członków NATO, którzy nie spełnili arbitralnych kryteriów dotyczących wydatków. Naciski na Ukrainę, które traktowały europejskie bezpieczeństwo terytorialne jako zmienną negocjacyjną w szerszej amerykańskiej kalkulacji strategicznej. Kampania militarna przeciwko Iranowi, z głębokimi konsekwencjami dla europejskich rynków energetycznych, rozpoczęta bez znaczącego wkładu sojuszników. I wreszcie, sam szczyt w Pekinie – podczas którego Stany Zjednoczone prowadziły najbardziej konsekwentną dyplomację obecnego okresu w całkowitej izolacji od europejskich interesów i preferencji.
Pekin dążył do podziału Europy z cierpliwością i wyrafinowaniem przez wiele lat. Waszyngton dążył do tego niezdarnie i najwyraźniej bez pełnej świadomości tego, co robi – ale praktyczne konsekwencje dla spójności europejskiej były niezwykle podobne. Szczyt wyostrzył pytanie, które od kilku lat formowało się w europejskich stolicach: czy sojusz zbudowany na założeniach amerykańskiej niezawodności może nadal funkcjonować jako główna zasada organizująca europejskie bezpieczeństwo, gdy te założenia nie są już uzasadnione. Nikt nie stawia tego pytania z entuzjazmem. Głębia transatlantyckich powiązań kulturowych, historycznych i instytucjonalnych jest rzeczywista. Jednak gotowość do traktowania tych powiązań jako substytutu strategicznej samowystarczalności stała się niewątpliwą odpowiedzialnością.
Imperialna logika łańcuchów dostaw
Pekin przybył na szczyt ze zdecydowaną przewagą materialną, której poprzednie miesiące w żaden sposób nie zmniejszyły. Chińska kontrola nad przetwarzaniem i rafinacją kluczowych minerałów – bez których nie można zbudować nowoczesnych systemów obronnych, nie można wdrożyć infrastruktury czystej energii, a technologia cyfrowa nie może funkcjonować – nie była jedynie tłem dwustronnych stosunków. Był to aktywny instrument wywierania nacisku, zademonstrowany ostatecznie podczas konfrontacji taryfowej w 2025 r., kiedy groźba ograniczenia przepływu metali ziem rzadkich i magnesów doprowadziła do amerykańskich ustępstw, których nie udało się zapewnić miesiącami eskalacji ceł. Ustalona zasada była elementarna i ważna: kontrola nad artykułami pierwszej potrzeby jest trwalsza niż kontrola nad przepływami finansowymi, ponieważ artykułów pierwszej potrzeby nie można szybko zastąpić, niezależnie od tego, ile pieniędzy jest dostępnych.
Ekspozycja Europy na tę dynamikę jest, jeśli w ogóle, bardziej dotkliwa niż w przypadku Ameryki. Kontynent zaangażował się jednocześnie w zbrojenia na skalę niespotykaną od czasów zimnej wojny, w transformację cyfrową wymagającą ogromnej przepustowości półprzewodników oraz w transformację energetyczną wymagającą ogromnych ilości litu, kobaltu, neodymu i polikrzemu. Przytłaczająca większość zdolności przetwarzania wszystkich tych materiałów przechodzi w pewnym momencie przez chińskie zakłady. Ramy prawne UE dotyczące tej zależności wyznaczają godne podziwu cele w zakresie krajowego zaopatrzenia i recyklingu, ale rzeczywistość przemysłowa pozostaje o lata w tyle za ambicjami politycznymi, a wymagane inwestycje przewyższają dotychczasowe zobowiązania.
Trudność potęguje fakt, że amerykańska polityka nie oferuje prawdziwej ścieżki do wspólnej pomocy. Zachęty inwestycyjne zastosowane przez Waszyngton w celu odbudowy krajowego potencjału przemysłowego zostały skalibrowane tak, aby zmaksymalizować amerykańską przewagę konkurencyjną, a nie wzmocnić zbiorową odporność zachodniego sojuszu. Europejskie firmy znalazły się w niekorzystnej sytuacji z powodu amerykańskiej polityki, nawet gdy amerykańska retoryka wzywała do sojuszniczej solidarności. Imperialna logika działa symetrycznie: zarówno Waszyngton, jak i Pekin priorytetowo traktują własne bezpieczeństwo dostaw i zarządzają zależnościami sojuszniczymi jako kwestiami drugorzędnymi. Europa poważnie myśląca o suwerenności musi zinternalizować tę samą logikę i działać zgodnie z nią – inwestując zbiorowo, w skali wymaganej przez wyzwanie i traktując bezpieczeństwo materialne jako wymiar obrony, a nie gałąź polityki przemysłowej.
Ponowne rozważenie Chin
Przez większą część minionej dekady europejska polityka wobec Chin była w mniejszym stopniu niezależnym osądem strategicznym niż pochodną transatlantyckiego konsensusu. Decyzje o wykluczeniu chińskiej technologii z wrażliwej infrastruktury, zaostrzeniu kontroli inwestycji, dostosowaniu się do amerykańskich systemów kontroli eksportu – czerpały swoją polityczną spójność głównie z faktu, że Waszyngton przewodził, a rządy europejskie mogły przedstawiać swoje stanowiska jako część szerszej postawy sojuszniczej, a nie jako wybory dokonywane na czysto europejskich warunkach. Wewnętrzne koszty gospodarcze tego dostosowania były realne, ale możliwe do opanowania, o ile sojusz zapewniający polityczną osłonę pozostawał wiarygodny.
Ta polityczna przykrywka jest teraz wątła. W miarę jak amerykańska strategia staje się coraz mniej przewidywalna i coraz wyraźniej ukierunkowana na własne interesy, europejskie rządy stają przed pytaniem, czy ich polityka wobec Chin faktycznie odzwierciedla europejskie interesy, czy też została w efekcie zlecona sojusznikowi, którego interesy coraz bardziej odbiegają od ich własnych. Nie jest to zaproszenie do lekceważenia prawdziwych obaw, które stanowiły podstawę wcześniejszego konsensusu. Chiński przymus gospodarczy jest realny i był stosowany przeciwko państwom europejskim. Sytuacja w zakresie praw człowieka nie jest zmyślona. Ambicje Pekinu dotyczące Tajwanu mają wpływ na międzynarodowe normy, od których ostatecznie zależy bezpieczeństwo Europy. Nic z tego nie znika, ponieważ amerykańskie przywództwo stało się mniej wiarygodne.
To, co się zmienia, to podstawa, na której Europa angażuje się w to wszystko. Strategicznie autonomiczna Europa – taka, która zaakceptowała konieczność myślenia i działania w kategoriach własnych interesów, a nie jako przedłużenie amerykańskiej polityki zagranicznej – będzie musiała skonstruować swoją politykę wobec Chin od pierwszych zasad. Oznacza to ostrzejsze rozróżnienie między domenami, w których chińskie zaangażowanie stwarza rzeczywiste zagrożenia dla bezpieczeństwa, a domenami, w których pragmatyczna akomodacja służy europejskim interesom. Pierwsza kategoria jest realna i znacząca: technologie związane z obronnością, infrastruktura krytyczna, wojskowe łańcuchy dostaw. Ale ta druga jest również realna: współpraca klimatyczna, handel czystą energią, wymiana rolna, współpraca naukowa. Traktowanie całej relacji jako zdefiniowanej przez jej najbardziej wrogi wymiar, ponieważ Waszyngton preferuje takie ramy, nie jest strategiczną klarownością. To strategiczna zależność ubrana w kostium zasad.
Tajwan, Iran i koszty outsourcingu
Tajwański wymiar szczytu był najbardziej wymowny w tym, co pominięto. Komunikacja Pekinu była wyraźna i zdecydowana – Tajwan został opisany jako kwestia, od której ostatecznie zależą całe stosunki dwustronne, a chińscy urzędnicy z wyprzedzeniem zasygnalizowali, że ruch w sprawie Tajwanu był w rzeczywistości opłatą wstępną za szerszą chińską współpracę. Odczyty Waszyngtonu po szczycie nie zawierały żadnej wzmianki o Tajwanie. Zapytany bezpośrednio o wyspę podczas swojego pobytu w Pekinie, Trump zaoferował milczenie.
Dla europejskich rządów, przyzwyczajonych do traktowania amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa jako stałego parametru ich własnego planowania strategicznego, ten występ amerykańskiej niejednoznaczności pod chińską presją powinien zostać zarejestrowany jako znaczący sygnał. Wiarygodność zobowiązań w zakresie bezpieczeństwa nie może być oddzielona: Waszyngton, który uważa Tajwan za zbyt niezręczny, by bronić go publicznie, gdy Pekin naciska, jest Waszyngtonem, którego zapewnienia w innych miejscach zasługują na większą kontrolę, niż rządy europejskie stosowały do nich w przeszłości. Nie jest to powód do europejskiej paniki. Jest to powód do europejskiego realizmu – do rozwijania prawdziwie niezależnego poglądu na to, czego wymagają europejskie interesy w regionie Indo-Pacyfiku, zamiast zakładać, że amerykańska polityka zawsze będzie z nimi zgodna.
Iran wysuwa ten sam fundamentalny argument w języku kosztów ekonomicznych, a nie wiarygodności bezpieczeństwa. Europejskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa poniosły znacznie wyższe ceny energii w bezpośredniej konsekwencji decyzji wojskowych podjętych w Waszyngtonie i Tel Awiwie bez udziału Europy. Zakłócenie cieśniny Ormuz – wpływające na około jedną piątą światowych przepływów ropy i gazu przed konfliktem – nie było klęską żywiołową. Był to wynik polityki, spowodowany wyborami, w których Europa nie miała głosu. Szczyt niczego nie rozwiązał: obie strony wydały ostrożne oświadczenia o utrzymaniu otwartej cieśniny, nie zgadzając się co do praktycznie każdego istotnego szczegółu. Koszty kumulują się, podczas gdy dyplomacja utknęła w martwym punkcie. To materialna rzeczywistość strategicznej zależności – nie abstrakcja dotycząca suwerenności, ale konkretne przeniesienie ciężaru ekonomicznego z tych, którzy decydują, na tych, którzy tylko znoszą.
Regulacja bez zasilania
Sztuczna inteligencja była najbardziej widocznym nie-wydarzeniem szczytu. Pomimo obecności w amerykańskiej delegacji jednej z najwybitniejszych postaci branży technologicznej, nie osiągnięto porozumienia w sprawie dostępu do chipów. Nie ustanowiono żadnych ram bezpieczeństwa. Nie nakreślono architektury zarządzania. Dwie potęgi najbardziej zdolne do kształtowania trajektorii sztucznej inteligencji pozostawiły Pekin w otwartej konkurencji, traktując technologię jako główny instrument przewagi strategicznej, który należy zmaksymalizować, a nie jako wspólne wyzwanie, którym należy zarządzać.
Odpowiedzią Europy na ten wyścig była jego regulacja. Ustawa o sztucznej inteligencji stanowi poważną i pod wieloma względami godną podziwu próbę zakodowania wartości – odpowiedzialności, przejrzystości, proporcjonalności – w zarządzaniu technologią, której implikacje są wciąż rozumiane. Jednak władza sprawowana nad technologiami, których nie produkujemy, opiera się na fundamencie pożyczonej władzy. Funkcjonuje tak długo, jak długo producenci tych technologii kalkulują, że dostęp do europejskiego rynku uzasadnia przestrzeganie europejskich przepisów. W momencie, gdy ta kalkulacja ulegnie zmianie – lub w momencie, gdy dwustronne ramy amerykańsko-chińskie sprawią, że europejska architektura regulacyjna stanie się strukturalnie peryferyjna – władza wyparuje. Zasady bez możliwości ich egzekwowania, w świecie imperialnych bloków, mają ostatecznie charakter dekoracyjny.
Wniosek, do którego to prowadzi, nie jest taki, że europejskie regulacje były błędem. Chodzi o to, że regulacja bez towarzyszących jej inwestycji w zdolności jest niewystarczająca. Europa, która buduje systemy sztucznej inteligencji o prawdziwym globalnym znaczeniu, ma możliwość negocjowania warunków zarządzania sztuczną inteligencją. Europa, która reguluje wyłącznie systemy innych stron, ma wpływ tylko na cierpienie. Inwestycje wymagane do wypełnienia tej luki są duże i można je zmobilizować tylko w skali europejskiej – co samo w sobie jest argumentem za głębszą integracją, którą paradoksalnie zaczyna generować obecny moment.
Paradoks zbudowany przez Trumpa
Amerykańskie myślenie strategiczne historycznie postrzegało głęboką integrację europejską z nieufnością, która czasami przechodziła w aktywne zniechęcenie. Europa, która osiągnie prawdziwą autonomię strategiczną – która może działać spójnie w oparciu o własne interesy, wykorzystywać własny potencjał wojskowy i prowadzić własną politykę zagraniczną bez odwoływania się do Waszyngtonu – to Europa, która komplikuje amerykański prymat w zachodnim sojuszu. Indywidualne zarządzanie zbiorem średnich potęg, z których każda jest zależna od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, jest znacznie prostsze niż negocjacje ze zjednoczonym blokiem pięciuset milionów ludzi dowodzących największym pojedynczym rynkiem na świecie. Podejście Trumpa do Europy – cła, warunkowość NATO, ostentacyjna preferencja dla dwustronnych relacji z poszczególnymi stolicami, ciągły retoryczny atak na europejskie instytucje – było zgodne z tą preferencją dla podzielonego i zależnego kontynentu, niezależnie od tego, czy zostało to świadomie wyartykułowane jako takie.
Rezultat był odwrotny od zamierzonego. Kryzysy o wystarczającym nasileniu zawsze były najpotężniejszym motorem integracji europejskiej, silniejszym niż jakikolwiek teoretyczny argument za jednością, ponieważ sprawiają, że koszty fragmentacji stają się konkretne i natychmiastowe. Wstrząsy wywołane przez drugą administrację Trumpa, spotęgowane przez chiński łańcuch dostaw i gospodarcze konsekwencje konfliktu w Iranie, stworzyły dokładnie takie warunki, w których argumenty za zbiorowym europejskim potencjałem stały się politycznie nie do odparcia. Budżety obronne rosną na całym kontynencie w tempie niespotykanym od ostatniej dekady zimnej wojny, a presja na koordynację, łączenie i ostatecznie integrację tych wydatków nasila się wraz z nimi. Europejska Unia Obronna nabiera instytucjonalnych kształtów. Wspólne ramy zamówień publicznych przechodzą od aspiracji do realizacji. Przedstawiony w raporcie Draghiego argument na rzecz zbiorowych inwestycji na skalę niemożliwą dla poszczególnych państw członkowskich przesunął polityczną granicę wykonalności w sposób, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się niezwykły.
Głębsza logika jest prosta. Żadne z wyzwań stojących przed Europą – podatność łańcucha dostaw, konkurencja technologiczna z rywalami wspieranymi przez państwo, wiarygodność obronna wobec odradzającej się Rosji, znaczenie dyplomatyczne w świecie bloków – nie może być odpowiednio rozwiązane na poziomie poszczególnych państw członkowskich, niezależnie od ich wielkości. Wszystkie one wymagają europejskiej skali, europejskiej koordynacji i ostatecznie europejskiej woli politycznej, którą może podtrzymać tylko prawdziwa integracja. Jednolity rynek był fundamentem, a nie celem. To, co obecnie nabiera kształtu, nierównomiernie i wbrew znacznemu oporowi wewnętrznemu, to struktura polityczna i strategiczna, która nadaje fundamentowi jego cel.
Historyczna ironia może okazać się znacząca. Amerykański prezydent, który wyraził najbardziej konsekwentną pogardę dla instytucji europejskich i którego strategia najwyraźniej zależała od utrzymania podziału Europy, może pozostawić jako swoje główne europejskie dziedzictwo bardziej zintegrowany, bardziej zdolny strategicznie i bardziej prawdziwie autonomiczny kontynent. Pekin, który zainwestował lata cierpliwych wysiłków w kultywowanie indywidualnych relacji europejskich i wykorzystywanie luk między nimi, może odkryć, że jego własne dążenie do dwustronnej stabilności z Waszyngtonem nieumyślnie przyspieszyło pojawienie się spójnego europejskiego odpowiednika, z którym najmniej chciał się zmierzyć.
Imperium, któremu Waszyngton chciał zapobiec, może być dokładnie tym imperium, które Waszyngton buduje.
Ustawa i przewodniczący
Żaden europejski przedstawiciel nie zasiadał w pokoju, w którym nakreślono ramy najbardziej znaczących stosunków dwustronnych na świecie. Żaden europejski głos nie wpłynął na rozmowy o architekturze handlu, zarządzaniu technologią, przyszłości Tajwanu, rozwiązaniu konfliktu w Iranie czy trzyletnim horyzoncie strategicznym, który Chiny przynajmniej już planują. Puste krzesło nie było przypadkiem proceduralnym. Było to dokładne odzwierciedlenie tego, gdzie obecnie znajduje się Europa w globalnym porządku – obecna jako masa gospodarcza, nieobecna jako podmiot strategiczny.
Porządek, który zbudowało powojenne pokolenie Europy – zbudowany na założeniu, że zasady mogą zastąpić władzę, że instytucje mogą okiełznać rywalizację, że suwerenność zgromadzona wspólnie może służyć zbiorowemu bezpieczeństwu lepiej niż suwerenność gromadzona indywidualnie – jest likwidowany przez dwa mocarstwa, których udział był najbardziej potrzebny. Ani Waszyngton, ani Pekin nie wyjechały ze szczytu wyraźnie zainteresowane jego ożywieniem. Zamiast tego budują porządek kontrolowanej rywalizacji między imperialnymi blokami, w którym wpływy wynikają raczej z tego, czym dowodzisz, a nie z tego, co popierasz, i w którym mniejsi aktorzy dostosowują się do wyników, a nie kształtują procesy.
Europa posiada w sumie wszystko, co jest potrzebne, aby być prawdziwym uczestnikiem tego świata, a nie jego podmiotem. Skala gospodarcza, dziedzictwo technologiczne, kapitał ludzki, ramy instytucjonalne – wszystko to tam jest, czekając na mobilizację za spójnym celem strategicznym. Brakującym składnikiem nigdy nie był potencjał. Była nim wola – polityczna determinacja, by traktować europejską suwerenność jako projekt wart inwestycji i poświęcenia wygodnych krajowych prerogatyw, których wymaga prawdziwa integracja. Wydarzenia ostatnich dwóch lat, pochodzące z obu kierunków strategicznej ekspozycji Europy, dostarczają tej woli z pilnością, którą bardziej komfortowe okoliczności konsekwentnie odraczały.
Dobrze prosperująca, oparta na zasadach i trwale podporządkowana Europa nie jest stabilnym rezultatem. To przedłużająca się bezbronność, podlegająca decyzjom innych i odpowiedzialna za konsekwencje wyborów, których nigdy nie dokonała. Szczyt w Pekinie był przypomnieniem, dostarczonym bez szczególnej troski o europejską wrażliwość, ile kosztuje ten stan. Odpowiedzią, której wymaga, nie jest narzekanie czy nostalgia za odchodzącym porządkiem. To budowa – zdolności, spójności i strategicznego zaufania, które zapewnią, że kolejny szczyt nie będzie mógł po prostu przebiegać tak, jakby Europa nie istniała.