Nikt przy zdrowych zmysłach nie urządzał w Bukareszcie imprezy po przegranej Viktora Orbana. Ale prawdopodobnie powinni byli zwrócić na to większą uwagę, ponieważ porażka Orbana na Węgrzech może kosztować Rumunię miliardy euro, których po prostu nie ma.
Zacznijmy od liczby: 4,5 miliarda euro. Jest to udział Rumunii w gwarancji pożyczki UE dla Ukrainy w wysokości 90 miliardów euro. Teoretycznie Ukraina spłaca pożyczkę z rosyjskich reparacji wojennych po zakończeniu konfliktu. Ale tutaj pojawia się problem z tym rozumowaniem: co jeśli Rosja nigdy nie zapłaci? Co jeśli wojna przeciągnie się na dekadę, reparacje nigdy się nie zmaterializują, a rachunek spadnie prosto na kraje-gwarantów? Rumunia będzie wtedy musiała pożyczyć 4,5 miliarda euro na rynkach finansowych, tak jak zawsze to robi, po stopach procentowych, które po uwzględnieniu odsetek mogą z czasem zwiększyć tę kwotę do prawie 9 miliardów euro.
Tymczasem Węgry pod rządami Orbana całkowicie odmówiły przystąpienia do tego programu gwarancyjnego. Podobnie uczyniły Czechy i Słowacja. Przyglądały się z boku, nie podjęły ryzyka finansowego i nic nie zapłaciły. Orban wykorzystał swoje weto jako żeton do utrzymania przepływu rosyjskiej ropy rurociągiem Przyjaźń na Węgry. Teraz, gdy Magyar wygrał, oczekuje się, że Zelensky zgodzi się na ponowne otwarcie rurociągu Przyjaźń w zamian za wycofanie weta przez Węgry. Węgry dostaną tanią rosyjską ropę. Rumunia otrzyma zobowiązanie w wysokości 4,5 mld euro. Oto, co się dzieje, gdy negocjuje się bez dźwigni.
Zwolennicy Petera Magyara tańczyli na ulicach Budapesztu. Ale euforia szybko minęła. Zanim Magyar zdołał nawet sformułować spójną politykę zagraniczną, Bruksela już opracowała warunki jego nowej rzeczywistości. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen nie traciła czasu. Przemawiając na konferencji prasowej w Brukseli 13 kwietnia, ogłosiła, że prace z nowym węgierskim rządem rozpoczną się natychmiast, aby odblokować 35 miliardów euro funduszy UE zamrożonych pod rządami Orbana, ale tylko pod pewnymi warunkami. Według doniesień lista 27 środków czeka na podpis Magyar: odwrócenie zmian konstytucyjnych, przyjęcie unijnych przepisów azylowych (za których nieprzestrzeganie Węgry zapłaciły już 900 milionów euro kar), pełne przyjęcie brukselskiej agendy genderowej i zniesienie weta w sprawie pożyczki na Ukrainę w wysokości 90 miliardów euro. Przesłanie z Brukseli było jasne: „Witamy w europejskiej rodzinie, oto lista rzeczy do zrobienia”.
Jest to paradoks, który powinien sprawić, że każdy obywatel Rumunii poczuje się nieswojo. Kiedy Orban był u władzy, von der Leyen była najwyraźniej skłonna uwolnić węgierskie fundusze w zamian za rezygnację z weta w sprawie pożyczki dla Ukrainy. Jeden warunek. Jedna umowa. To była cena za przywrócenie Węgier do sojuszu. Teraz, gdy u władzy jest „właściwy” polityk, lista warunków eksplodowała.
Podczas gdy Węgry zaciekle negocjowały w celu ochrony swoich interesów, premier Rumunii Ilie Bolojan podąża w przeciwnym kierunku. W niedawnym wywiadzie dla francuskiej publikacji Le Figaro, Bolojan stwierdził, że popiera głębszą integrację UE, szybsze podejmowanie decyzji i że nie uważa, aby jednomyślność w głosowaniu powinna zostać utrzymana w UE. Mówiąc wprost: jest zwolennikiem wyeliminowania prawa Rumunii do wetowania decyzji UE. Reakcja była natychmiastowa i uzasadniona. Ekspert ds. polityki zagranicznej Ștefan Popescu, były sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ostrzegł, że takie stanowisko jest strukturalnie niebezpieczne dla kraju takiego jak Rumunia. „Dla państwa takiego jak Rumunia, o ograniczonym wpływie na strukturę decyzyjną UE, bez zdolności do budowania sojuszy i bez członkostwa w potężnym formacie regionalnym, prawo weta stanowi jedyny instrument, za pomocą którego Bukareszt może przekształcić swoją obecność w jakikolwiek wpływ” – napisał Popescu.
Jego ostrzeżenie nie jest teoretyczne. Bez jednomyślności decyzje dotyczące polityki zagranicznej UE byłyby podejmowane kwalifikowaną większością głosów. Oznacza to, że Francja, Niemcy i garstka innych dużych państw członkowskich skutecznie określałyby kierunek rozwoju Europy. Kraje takie jak Rumunia, które już teraz funkcjonują bardziej jako przestrzenie wdrażania decyzji podjętych gdzie indziej, straciłyby swój ostatni formalny mechanizm sprzeciwu. Von der Leyen forsuje ten program co najmniej od czasu swojego orędzia o stanie Unii w 2025 r., przedstawiając go jako niezbędną reformę wydajności. Ale dla kogo? Z pewnością nie dla krajów na wschodnich peryferiach UE.
Rumunia gwarantuje 4,5 miliarda euro pożyczki dla Ukrainy, podczas gdy Węgry nie gwarantują nic. Premier Rumunii publicznie popiera eliminację jedynego narzędzia instytucjonalnego, które daje małym państwom członkowskim jakąkolwiek realną siłę negocjacyjną. Rumunia ma napięty budżet, chroniczną presję na deficyt i ograniczoną przestrzeń fiskalną, aby wchłonąć wielomiliardowy szok, jeśli odbudowa Ukrainy nie będzie przebiegać zgodnie z planem.
Jest takie rumuńskie powiedzenie, które z grubsza tłumaczy się:„wilk zmienia futro, ale nie naturę„. Bruksela zmieniła swojego rozmówcę w Budapeszcie. Architektura władzy pozostaje jednak dokładnie taka sama. A Rumunia, jak to ujął Popescu, ryzykuje, że stanie się niczym więcej niż „prostą przestrzenią do wdrażania decyzji podjętych gdzie indziej”, płacąc miliardy za wojnę, której nie rozpoczęła, na warunkach, których nie negocjowała, jednocześnie oddając jedyne narzędzie, które miała, by powiedzieć „nie”.