Pod hasłem „Konserwatywne wartości, pragmatyczne rozwiązania”, panel europejskich konserwatystów spotkał się w Rumunii, aby odpowiedzieć na zwodniczo proste pytanie: kiedy zostaną wytyczone szlaki handlowe XXI wieku, czy Europa będzie trzymać pióro, czy po prostu będzie żyć na mapie, którą narysują inni? Panel zatytułowany „Kapitał, korytarze i współpraca: Europa, Stany Zjednoczone i korytarz gospodarczy Indie-Bliski Wschód-Europa” został zorganizowany przez Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, a jego organizatorami byli sekretarz generalny ECR Antonio Giordano i wiceprzewodniczący ECR George Simion. Jej tematem był IMEC, korytarz mający połączyć Indie przez Zatokę Perską z Morzem Śródziemnym i dalej w kierunku Stanów Zjednoczonych.
Moderator Bill Cortese, członek rady doradczej Trieste Summit, nadał ton, cofając się o 2300 lat wstecz, do Aleksandra otwierającego szlaki do Indii, do Imperium Rzymskiego, które mogło opłacić swoje legiony z podatków od indyjskiego handlu, do największego zbioru rzymskich monet, jaki kiedykolwiek znaleziono nie w Europie, ale w Indiach. Nie chodziło mu o nostalgię. Pandemia, wojna na Ukrainie i chaos na Morzu Czerwonym obnażyły tę samą kruchość: łańcuchy dostaw bez redundancji. IMEC, jak argumentował, jest próbą Zachodu zbudowania z powrotem odporności, a pytania, które warto zadać, dotyczą tego, kto za to płaci i jakie powinny być właściwe role państw i sektora prywatnego.
Najbardziej dosadna wypowiedź padła z ust Dana Dungaciu, profesora Uniwersytetu w Bukareszcie, szefa Fundacji Uniwersytetu Czarnomorskiego i wiceprzewodniczącego rumuńskiej partii AUR. Postawił on na głowie słynny slogan z czasów Clintona. Nalegał, że to nie gospodarka, ale geopolityka, głupcze. Jego ostrzeżenie było historyczne. Przypomniał, że chiński Pas i Szlak rozpoczął się jako projekt gospodarczy, a w ciągu dekady stał się chińskim projektem geopolitycznym. IMEC będzie odczytywany przez rywali właśnie przez ten pryzmat, więc Europa powinna przestać udawać, że chodzi tylko o transport towarowy i zaakceptować fakt, że bierze udział w geopolitycznej rywalizacji skierowanej bezpośrednio na Belt and Road. Jego najostrzejsza wypowiedź dotyczyła europejskich pretensji: Europa „nie jest narodem”, powiedział, ale „geografią pod względem bezpieczeństwa”. Obok Ameryki, Chin i Rosji, Europa jest metaforą. Z tego wynikał jego refren, powtarzany przez innych przez całe popołudnie: bez Stanów Zjednoczonych te projekty są niczym. Był trzeźwy w kwestii ograniczeń Rumunii (Morze Czarne w połowie zamknięte przez konwencję z Montreux z 1936 r., amerykańskie statki ograniczone do 21 dni) i opisał Inicjatywę Trójmorza jako projekt cywilizacyjny, który wciąż nie może ruszyć bez Waszyngtonu. Jako polityk był optymistą. Jako profesor stosunków międzynarodowych – niekoniecznie.
Tam, gdzie Dungaciu postawił diagnozę, Antonio Giordano, włoski parlamentarzysta i sekretarz generalny ECR, zbudował sieć. Swój główny obraz zaczerpnął z narodzin Internetu: sieć zaprojektowana tak, aby w przypadku zerwania jednej linii sygnał po prostu ją omijał. Argumentował, że to jest prawdziwy cel infrastrukturalny IMEC: sieć połączeń na tyle odporna, że żaden pojedynczy punkt przeciążenia, żaden Hormuz ani Suez, nie może ponownie zdusić globalnego handlu. „Jeśli nie zajmiesz się problemem”, ostrzegł, „problem zajmie się tobą”. IMEC jest już realny, argumentował, ponieważ Arabia Saudyjska zobowiązała się do budowy Vision 2030. Włochy są naturalną platformą na środku Morza Śródziemnego. Triest, najbardziej wysunięty na północ port śródziemnomorski, jest najszybszą bramą do Europy Środkowej i Wschodniej, a Rzym powołał już specjalnego wysłannika ds. korytarza. Jego ambicje były szczere: uczynić Morze Śródziemne ponownie wielkim, otwierając je na Afrykę Północną i tworząc szybkie połączenie z Indii do Europy Południowej i dalej do Stanów Zjednoczonych. W kwestii Brukseli był dosadny: zbyt wiele regulacji, zbyt wielu ludzi unikających decyzji, zbyt niewielu proponujących cokolwiek. Podkreślał jednak, że Europa wciąż może działać, kiedy tego chce.
Wątek amerykański przewijał się w każdym wystąpieniu. Małgorzata Samojedny z warszawskiego Opportunity Institute przedstawiła wyniki niedawnego szczytu Trójmorza w Dubrowniku, na którym pojawił się sekretarz energii USA Chris Wright, i przypomniała, jak warszawski szczyt Donalda Trumpa w 2017 r. pomógł uruchomić regionalne fundusze infrastrukturalne. Przedstawiła trzy bramy regionu: środkowy korytarz czarnomorski, Bałtyk i IMEC przez Adriatyk, argumentując, że odpowiednie porty mogą skrócić czas podróży do Europy Środkowej.
Ale Dungaciu nazwał ten dyskomfort tak, jak nie zrobił tego nikt inny. IMEC powstał za administracji Bidena, kiedy dominującą wizją było rozszerzenie NATO i UE. Obecna postawa Stanów Zjednoczonych w zakresie bezpieczeństwa wygląda zupełnie inaczej, a Ameryka wycofuje z Europy twarde aktywa. Implikacja wisiała w powietrzu: jest to projekt zakotwiczony w Ameryce w momencie, gdy jego amerykańska kotwica się zmienia.
Chorwat Nikola Grmoja z Mostu mówił w dniu państwowości swojego kraju o suwerenności ciężko wywalczonej w czasie wojny i przedstawił Adriatyk nie jako krawędź Europy, ale jako jedną z jej bram: punkt spotkania Trzech Mórz i IMEC.
Mateusz Berger z Polski jasno wyciągnął lekcję COVID: Europa, która nie była w stanie wyprodukować nawet masek na twarz, poznała prawdziwą cenę zależności.
Z kolei Jacob Hagnell ze Szwecji wyraził zdanie odrębne: pogłębianie integracji z miliardowymi Indiami grozi podcięciem europejskich pracowników i wypchnięciem europejskich inżynierów i młodzieży z ich własnego rynku pracy.
Podsumowując, panel doszedł do konsensusu: Europa nadal może przekształcić swoją geografię w szansę i kształtować korytarze przyszłości.