fbpx

Rozszerzenie pod ostrzałem: ukraiński dylemat Europy po czterech latach wojny

Cztery lata po inwazji Rosji na Ukrainę na pełną skalę, Europa znalazła się w niewygodnym, ale koniecznym momencie introspekcji. Początkowa jasność 2022 roku – moralne oburzenie, strategiczne dostosowanie, szybka mobilizacja – ustąpiła miejsca bardziej złożonemu krajobrazowi, w którym zderzają się solidarność, suwerenność, bezpieczeństwo i ostrożność instytucjonalna.

Z jednej strony wiele rodzin politycznych na całym kontynencie pozostaje nieugiętych: Ukraina musi być wspierana, a przynajmniej nie może upaść. A zatem rosyjska agresja nie może być akceptowana, a tym bardziej nagradzana. Suwerenność narodu europejskiego nie może być negocjowana pod przymusem. Ta podstawa pozostaje nienaruszona.

A jednak, poza tą jasnością, zaczynają pojawiać się wątpliwości – nie co do samego wsparcia, ale co do kierunku, w którym zmierza Unia Europejska.

Debata nad przystąpieniem Ukrainy do UE odzwierciedla to napięcie. Akcesja jest coraz częściej przedstawiana jako naturalne i moralnie konieczne rozszerzenie solidarności. Jeśli Ukraina walczy o Europę, argumentuje się, to Europa musi nieodwracalnie związać Ukrainę ze swoim rdzeniem instytucjonalnym. Zaskakujący obrót wydarzeń sprawia, że wydaje się, iż Ukraina walczy w imieniu Europy, zamiast prosić Europę o walkę w jej imieniu. Taka była retoryka Zełenskiego w ciągu ostatnich kilku lat i to właśnie wyartykułował w swoim przemówieniu do Parlamentu Europejskiego 24 lutego 2026 roku. W przemówieniu tym Zełenski wezwał przywódców UE do zapewnienia Ukrainie „jasnej daty przystąpienia” do Unii. Ujęcie rozszerzenia w ramy architektury dyplomatycznej niezbędnej do zakończenia wojny

Ale przystąpienie nie jest symbolem. To strukturalna transformacja Unii. Zmieni równowagę budżetową na dziesięciolecia. Zmieni kształt polityki spójności i finansowania rolnictwa. Przekalibruje wagi głosów i dynamikę polityczną w Radzie. Co najważniejsze, w sposób dorozumiany powiązałby instytucjonalną przyszłość UE z nierozwiązanym konfliktem terytorialnym.

Unia Europejska rozszerzała się wiele razy w swojej historii. Nigdy nie rozszerzyła się do wojny na żywo. Wspieranie Ukrainy w jej obronie to jedna sprawa. Integracja kraju ogarniętego wojną z konstytucyjną architekturą Unii to zupełnie inna sprawa. Te dwie kwestie nie są wymienne, pomimo dobrze przygotowanej retoryki Zełenskiego.

Fakt, że wojna trwa już czwarty rok, powinien zmusić Europę nie tylko do podtrzymania pomocy – której skala i skład pozostają politycznie sporne, nawet jeśli liczby takie jak proponowany pakiet 90 miliardów euro sugerują zaangażowanie pokrywające około dwóch trzecich przewidywanych potrzeb finansowych Ukrainy – ale także do poważniejszego zastanowienia się nad jej długoterminowym kierunkiem strategicznym.

Tak długotrwały konflikt, zakorzeniony na europejskiej ziemi, nie może być traktowany jako tymczasowa sytuacja kryzysowa. Zmienia on psychologię bezpieczeństwa kontynentu. Robi to jednak nierównomiernie.

Dla Polski, krajów bałtyckich i Rumunii wojna nie jest odległym dramatem geopolitycznym. Jest to bliskie i namacalne zagrożenie. Logistyka wojskowa przemieszcza się przez ich terytoria. Przepływy uchodźców są natychmiastowe. Scenariusze eskalacji są omawiane nie na seminariach akademickich, ale w ministerstwach obrony. Obywatele tych państw członkowskich na pierwszej linii frontu nie doświadczają konfliktu abstrakcyjnie; doświadczają go jako bliskości. Poczucie bezbronności jest realne i wpływa na ich nacisk na stanowczość, szybkość i jasność strategiczną.

Z kolei dla krajów takich jak Włochy, Hiszpania, Portugalia czy Irlandia wojna – choć ma znaczenie moralne i konsekwencje polityczne – pozostaje bardziej odległa geograficznie i psychologicznie. Postrzeganie zagrożeń jest filtrowane przez ceny energii, presję budżetową i wewnętrzne debaty polityczne, a nie przez bezpośrednie obawy związane z granicami. Opinia publiczna w tych państwach często odzwierciedla inną kalibrację między solidarnością a ryzykiem, między wytrwałością a negocjacjami.

Ta rozbieżność może równie dobrze prowadzić do braku jedności, co widzimy na przykładzie stanowiska Węgier. Ujawnia również, że spójność europejska opiera się na różnych strategicznych intuicjach. To, co w Warszawie wydaje się egzystencjalne, w Lizbonie może wydawać się warunkowe. To, co wydaje się pilne w Tallinie, może wydawać się negocjowalne w Madrycie.

To właśnie z powodu tej wewnętrznej asymetrii Unia Europejska nie może ograniczać się wyłącznie do finansowania oporu. Jeśli celem jest rzeczywiste utrzymanie Ukrainy, poza (lub być może z dala od) pomocy wojskowej, UE powinna zająć się wiodącą rolą w kształtowaniu dyplomatycznej architektury wiarygodnego pokojowego rozwiązania. Wojna, która toczy się na europejskiej ziemi, nie może mieć swojego politycznego rozstrzygnięcia gdzie indziej.

Stany Zjednoczone pozostają niezastąpione. NATO pozostaje kluczowe dla odstraszania. UE nie może jednak w nieskończoność outsourcować strategicznej gry końcowej wojny, która na nowo definiuje jej własne środowisko bezpieczeństwa. Zniwelowanie przepaści pomiędzy pilną potrzebą na linii frontu, a peryferyjnym dystansem wymaga nie tylko pieniędzy, ale także przywództwa – przywództwa zdolnego do połączenia rozbieżnych sposobów postrzegania zagrożeń w spójną strategię kontynentalną. Jeśli konflikt jest europejski pod względem geograficznym i konsekwencji, jego ostateczne rozwiązanie musi być również europejskie pod względem projektu.

U podstaw obecnej debaty leży paradoks. Unia została pomyślana jako projekt pokojowy, oparty na współzależności gospodarczej i integracji instytucjonalnej jako antidotum na wojnę. Dziś jednak przekształca się w podmiot geopolityczny, który finansuje odporność militarną na bezprecedensową skalę. Od 2022 r. zmobilizowano setki miliardów euro w różnych formach wsparcia.

Ta transformacja może być konieczna. Ale nie została ona dostatecznie przetrawiona politycznie. Ani po stronie podaży, ani tym bardziej po stronie popytu. Czy obywatele Europy są w pełni świadomi, że Unia przechodzi tak głęboką redefinicję? Czy są przygotowani na europejski projekt coraz bardziej spleciony z długoterminowymi zobowiązaniami w zakresie bezpieczeństwa i koordynacji obrony? Te pytania nie są wyrazem wrogości wobec Ukrainy. Są one wyrazem demokratycznej odpowiedzialności.

W całej Europie głosy nawołujące do ostrożności w sprawie przystąpienia są czasami przedstawiane jako niezdecydowane lub niewystarczająco zaangażowane. Takie podejście jest błędne. Można stanowczo sprzeciwiać się rosyjskiemu ekspansjonizmowi i jednocześnie zastanawiać się, czy wojenne rozszerzenie jest rozsądne. Suwerenność nie jest odrzuceniem solidarności; jest warunkiem, który pozwala solidarności przetrwać.

Rządy, które nie są w stanie jasno wyartykułować granic swoich zobowiązań, ryzykują erozją krajowej legitymacji, od której te zobowiązania ostatecznie zależą. Kapitał polityczny nie jest nieskończony. W warunkach przedłużającej się wojny, naznaczonej inflacją, presją energetyczną, napięciem demograficznym i zmęczeniem społecznym, nie można w nieskończoność zakładać zgody opinii publicznej.

Kwestie instytucjonalne związane z akcesją pozostają nierozwiązane. Czy członkostwo miałoby zastosowanie tylko do terytoriów znajdujących się obecnie pod kontrolą Kijowa? Czy Unia domyślnie zobowiązałaby się do odzyskania całego uznanego międzynarodowo terytorium Ukrainy? W jaki sposób finansowane byłyby koszty odbudowy i integracja z ramami spójności i rolnictwa bez wywoływania napięć dystrybucyjnych między państwami członkowskimi? To nie są proceduralne kwestie techniczne. To fundamentalne decyzje, które ukształtują Unię na pokolenia.

Historia oferuje otrzeźwiające lekcje na temat podmiotów politycznych, których zewnętrzne ambicje przewyższają ich wewnętrzną spójność. Przesada często zaczyna się od moralnego przekonania i geopolitycznej pilności. Rzadko ogłasza się jako nadmiar. Jednak instytucje przetrwają tylko wtedy, gdy ambicje pozostaną w zgodzie z możliwościami.

Cztery lata po wojnie Europa stoi na delikatnym rozdrożu. Nie chodzi o to, czy wspierać Ukrainę. To pozostaje jasne. Pytanie brzmi, czy robiąc to, Unia Europejska ryzykuje przedefiniowanie siebie w sposób, który nie został wystarczająco przedyskutowany lub demokratycznie zakotwiczony.

Nie ma sprzeczności między wspieraniem Ukrainy a naleganiem na ostrożność w kwestii akcesji. Rzeczywiście, zachowanie długoterminowej spójności Unii może być najlepszą gwarancją, że europejska solidarność pozostanie wiarygodna i trwała.

Jeśli Europa chce zademonstrować jedność, musi zapewnić, że jedność ta opiera się nie tylko na moralnym impulsie, ale także na strategicznej jasności, międzynarodowym realizmie i poważnym zaangażowaniu w kształtowanie trwałego pokoju.

Prawda jest bowiem taka, że wojna testuje wytrzymałość Ukrainy, a także zdolność Europy do łączenia przekonania z powściągliwością. Ta równowaga może ostatecznie zadecydować o przyszłości samego projektu europejskiego.