„Polska niepodległość nie ma ceny”. – Jarosław Kaczyński
Nie mówi o czołgach ani granicach. Mówi o nowym unijnym programie SAFE. 150 miliardów euro w niskooprocentowanych pożyczkach, które mają zwiększyć wydatki na obronność w całym bloku. Dla PiS to nie tylko pieniądze. To koń trojański.
Na papierze SAFE wygląda jak oczywistość. Uruchomiony w 2025 r. w ramach większej inicjatywy UE „Gotowość 2030”, oferuje państwom członkowskim długoterminowe pożyczki, do 45 lat na spłatę, z dekadą karencji i oprocentowaniem około 3%, na zakup broni, budowę fabryk i wzmocnienie granic. Polska zgarnęła największą część: 43,7 mld euro na 139 projektów. Na drugim miejscu uplasowała się Rumunia z kwotą 16,68 mld euro. Inne kraje wschodniej flanki, takie jak Litwa, Łotwa i Estonia, również zgarnęły miliardy. Jak to działa? Zdobądź tanią gotówkę teraz, aby zabezpieczyć się później. Ale PiS nie kupuje tych obietnic. Kaczyński i jego sojusznicy głosowali przeciwko ustawie upoważniającej w parlamencie. Namawiają prezydenta Karola Nawrockiego do jej zawetowania.
Ich skargi sprowadzają się do czterech głównych zmartwień: politycznych powiązań, tego, kto faktycznie otrzyma gotówkę, miażdżącego przyszłego zadłużenia i oddalania się od Ameryki. A kiedy zagłębić się w szczegóły, zwłaszcza w przypadku słabszych gospodarek, takich jak rumuńska, obraz szybko się komplikuje.
Zacznij od sznurków. Pieniądze SAFE nie płyną swobodnie. Wiąże się to z „warunkowością”. Oznacza to, że Bruksela może wstrzymać lub ograniczyć płatności, jeśli kraj nie spełni kryteriów praworządności. PiS zbyt dobrze pamięta, jak fundusze unijne zostały zamrożone podczas ich rządów w związku z reformami sądownictwa. „To szantaż przebrany za solidarność” – argumentuje Kaczyński. Nawet jeśli obecny rząd przysięga, że zabezpieczenia są żelazne, przeciwnicy widzą przyszłą dźwignię, za którą może pociągnąć każdy brukselski biurokrata.
Do tego dochodzi zasada „Kupuj europejskie”. Aby się do niej zakwalifikować, co najmniej 65% komponentów systemu uzbrojenia musi pochodzić z UE, EOG lub Ukrainy. Nie więcej niż 35% od podmiotów zewnętrznych, takich jak USA czy Korea Południowa. Polski rząd podkreśla, że ponad 80% z 43,7 mld euro pozostanie w kraju, trafiając do lokalnych firm z Polskiej Grupy Zbrojeniowej i nie tylko. Jako dowód wskazują na projekty dronów, modernizację artylerii i technologię graniczną. Brzmi świetnie, dopóki nie przypomnimy sobie, że europejscy giganci obronni są skoncentrowani na zachodzie. Niezależni analitycy i obserwatorzy branży szacują, że w całym programie 40-60% pieniędzy wydanych przez wschodnich nabywców może ostatecznie trafić do francuskich i niemieckich wykonawców. Dlaczego? Francja dominuje w systemach wysokiej klasy: pociski od MBDA, radary od Thales, myśliwce od Dassault. Niemiecki Rheinmetall eksplodował w ostatnich latach, produkując wszystko, od amunicji po pojazdy opancerzone. Wspólne projekty zamówień często stawiają zachodnich producentów na czele. Kontrakty podwykonawcze spływają w dół, ale tłuste marże i własność intelektualna pozostają w Paryżu i Berlinie. Dla Polski, z jej bardziej rozwiniętym sektorem obronnym, pewien wyciek jest możliwy do opanowania. Lokalne linie montażowe mogą przechwytywać wartość. Krytycy, tacy jak PiS, twierdzą jednak, że nawet „polskie” kontrakty będą po cichu przerzucać miliardy na Zachód za kluczowe technologie, których krajowe firmy nie są jeszcze w stanie produkować na dużą skalę. Rezultat? Wschodni podatnicy pożyczają pieniądze, zachodni akcjonariusze zgarniają zyski.
Przybliżmy teraz Rumunię. Jej sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Plan Bukaresztu o wartości 16,68 miliarda euro dzieli się następująco: 9,6 miliarda euro na ministerstwo obrony (21 projektów, w tym obrona powietrzna, pojazdy, drony), 2,8 miliarda euro na sprzęt ministerstwa spraw wewnętrznych i 4,2 miliarda euro na drogi podwójnego zastosowania, takie jak odcinki autostrad A7 i A8 łączące się z Ukrainą i Mołdawią. Rumuński przemysł obronny jest niewielki w porównaniu z polskim. Zasadniczo są to zakłady z czasów radzieckich o ograniczonej nowoczesnej produkcji. Ostatnie ruchy obejmują nową fabrykę prochu strzelniczego z niemieckim Rheinmetall i rozmowy na temat bojowych wozów piechoty Lynx (ponownie Rheinmetall). Na liście znajdują się również transportery opancerzone Piranha. Krótko mówiąc, zdolności produkcyjne Rumunii są jeszcze mniejsze niż Polski. Oznacza to, że większa część miliardów przeznaczonych na SAFE trafi bezpośrednio do zagranicznych dostawców: prawdopodobnie 60-70% lub więcej do niemieckich, francuskich i innych zachodnich firm. Lokalne zasady dotyczące zawartości nieco pomagają (część montażu w Rumunii), ale silniki, elektronika i know-how pochodzą z Zachodu. Rumunia dostaje błyszczący nowy zestaw i kilkaset miejsc pracy w każdej fabryce. Prawdziwy przemysł buduje się gdzie indziej.
Kto więc wygrywa? Nie przeciętny obywatel, przynajmniej nie od razu. Oczywiście, mówi się o tysiącach miejsc pracy w sektorze obronnym i bezpieczniejszych granicach. Ale to są pożyczki, a nie dotacje. Spłaty rozpoczną się około 2035 roku i potrwają dziesięciolecia. Rachunek zapłacą przyszli polscy i rumuńscy podatnicy, twoje dzieci i ich dzieci. W międzyczasie wydatki socjalne, opieka zdrowotna lub szkoły konkurują o to samo miejsce w budżecie. Jeśli znaczna część gotówki kupi importowane systemy zamiast doładowywać lokalne fabryki, mnożnik gospodarczy pozostanie skromny.
Kraje na wschodnim krańcu UE stoją w obliczu prawdziwych obaw o bezpieczeństwo, narracji „strachu przed rosyjską inwazją”, która zdominowała nagłówki gazet. Obawy te uzasadniają większe alokacje: Polska i Rumunia zgarniają łącznie prawie 40% puli. Bruksela przedstawia SAFE jako solidarność. Sceptycy widzą coś innego: sprytny sposób na uzależnienie państw pierwszej linii od długu UE przy jednoczesnym odwróceniu uwagi od amerykańskich dostawców. I to prowadzi nas do napięć transatlantyckich. Polska i Rumunia od dawna są najbliższymi sojusznikami Waszyngtonu w regionie. Goszczą amerykańskie wojska, kupują odrzutowce F-35, pociski Patriot, rakiety HIMARS, rzeczy sprawdzone w prawdziwych konfliktach. Amerykański sprzęt zapewnia interoperacyjność, na której zbudowano NATO. Ale europejska zasada SAFE 65% ogranicza zawartość amerykańską do 35%. Kaczyński nazywa to „wpychaniem Polski pod niemiecki but i oddalaniem od Stanów Zjednoczonych”. Nawet łagodniejsze głosy obawiają się, że skomplikuje to specjalne relacje.
Dla Rumunii, która jest również gospodarzem głównych amerykańskich obiektów na Morzu Czarnym, matematyka wygląda podobnie: pożyczaj od Brukseli, aby kupować więcej od Berlina i Paryża, podczas gdy Waszyngton obserwuje, jak jego udział w rynku maleje. Czy to się opłaca? Niezależni ekonomiści zwracają uwagę na ironię: państwa wschodnie, które już mają deficyty, zaciągają więcej długu, aby sfinansować program, który może przynieść mniej korzyści ich własnym fabrykom niż reklamowano. Dla zwykłych Polaków i Rumunów patrzących na przyszłe rachunki podatkowe i błyszczący, ale importowany sprzęt, odpowiedź może nie wydawać się tak BEZPIECZNA.