Nie ma wątpliwości, że bezpieczeństwo dzieci w środowisku cyfrowym nie jest kwestią drugorzędną; nie jest to błaha sprawa, którą można zaklasyfikować jako „różne” i dlatego nie wymaga szczególnej uwagi. Nie tylko nie jest to kwestia nieistotna, ale zapewnienie dzieciom jak najbezpieczniejszego „poruszania się” po niezwykle burzliwych wodach mediów społecznościowych jest jednym z najważniejszych wyzwań naszych czasów. Jest to temat, który rodzi długą listę pytań i oferuje bardzo niewiele pomocnych odpowiedzi.
Nie będziemy tutaj analizować psychologicznych i moralnych motywacji stojących za „potrzebą” (a właściwie uzależnieniem?) ciągłego sprawdzania kanału wiadomości, wymiany wiadomości z wirtualnymi przyjaciółmi, angażowania się w ciągłą komunikację, ani skutków lub czynników ryzyka, jakie „wycofanie się” – celowe lub nie – do cyfrowego świata stwarza dla zdrowia, codziennych czynności, relacji międzyludzkich i interakcji twarzą w twarz.
Z Komisji Europejskiej dochodzą wieści, które na pierwszy rzut oka napawają optymizmem. Jeśli przeczytamy niedawne oświadczenie przewodniczącej Ursuli von der Leyen i wiceprezes wykonawczej ds. suwerenności technologicznej, bezpieczeństwa i demokracji, Henny Virkunnen, rozpocznie się nowa era, w której wysiłki na rzecz uczynienia mediów społecznościowych bezpiecznymi dla dzieci wreszcie zakończą się sukcesem. A wszystko to dzięki cyfrowej aplikacji weryfikującej wiek, która umożliwi dostęp do mediów społecznościowych tylko tym, którzy spełniają te podstawowe kryteria. Nic więcej, nic mniej. Jakby to wystarczyło, aby zapewnić prawdziwą ochronę przed długoterminowymi szkodliwymi skutkami platform społecznościowych.
Przewodniczący Komisji Europejskiej pochwalił nadchodzącą aplikację jako „rozwiązanie”, na które czekały państwa członkowskie, aby zapewnić, że bezpieczeństwo dzieci w Internecie nie pozostanie jedynie celem. Szef UE ogłosił, że aplikacja jest „technicznie gotowa” i wkrótce będzie dostępna, wymieniając kilka funkcji, które sprawią, że będzie ona bardzo łatwa w użyciu, jednocześnie chwaląc jej innowacyjny charakter i poziom prywatności. Jeśli chodzi o „najwyższe standardy prywatności” aplikacji, jest to dyskusyjne (delikatnie mówiąc). Wkrótce po oświadczeniu Komisji, europejskie media doniosły, że aplikacja nie przeszła podstawowego testu bezpieczeństwa i może zostać zhakowana przy niewielkim wysiłku.
Obawy przed potencjalnymi incydentami cybernetycznymi skłoniły przedstawicieli Komisji do ogłoszenia, że podjęto nadzwyczajne środki w celu poprawy bezpieczeństwa. Jak bezpieczne będzie to rozwiązanie pod względem ochrony danych użytkowników, dopiero się okaże. Jednak to pierwsze oficjalne doświadczenie ze światem zewnętrznym sprawia, że brak zaufania do jego „najwyższych standardów poufności” jest uzasadniony.
Oprócz chwalenia łatwości obsługi i dalekiego od przekonującego poziomu bezpieczeństwa, przewodniczący Komisji podkreślił potrzebę zharmonizowanego i ujednoliconego podejścia, aby każdy obywatel mógł z niego korzystać. Sytuacja niemal identyczna do tej sprzed prawie pięciu lat, kiedy unijny cyfrowy certyfikat COVID był chwalony jako skuteczne narzędzie, które umożliwiło „bezpieczne” podróżowanie i ożywienie gospodarek krajowych. Większość ludzi dzisiaj nie myślałaby w ten sam sposób.
W ten sam zdecydowany sposób, ten nowy zielony certyfikat za potwierdzenie wieku użytkowników mediów społecznościowych jest opisywane jako „rozwiązanie”, które uchroni dzieci przed zniewoleniem przez platformy i inteligentne urządzenia. Ani słowa o całkowitej kontroli i masowej inwigilacji.
Całkowicie się z tym zgadzam: odpowiedzialność spoczywa na rodzicach, a nie na platformach społecznościowych. Rodzice są jedynymi, którzy mają obowiązek zapewnić, że ich dzieci utrzymują zdrowie emocjonalne, nie izolują się od prawdziwego życia i nie zanurzają się w wirtualnym świecie. Kiedy rodzice polegają na instytucji – czy to ponadnarodowej, czy nie – wierząc, że uratuje ona ich dzieci przed cyfrową niewolą, po prostu rezygnują ze swojej podstawowej roli rodzicielskiej, niezależnie od tego, czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie.
Myślenie, że aplikacja cyfrowa może być wolna od „luk w zabezpieczeniach” lub że może zagwarantować bezpieczeństwo użytkowania, jest co najmniej naiwne, jeśli nie wręcz głupie. Propaganda establishmentu będzie nadal, z jeszcze większym zapałem, promować tak zwane nadzwyczajne korzyści płynące z korzystania z tej aplikacji, która „uczyni cyfrowy świat bezpieczniejszym dla naszych dzieci”.
Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że narzędzie to jest na skraju wykorzystania do celów sprzecznych z wolnością i ochroną prywatności. Jeśli chodzi o zapewnienie bezpiecznego środowiska online, odrobina zdrowego rozsądku nikomu nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie.