fbpx

Dylemat Imperium

Świat - 7 lutego, 2026

Powrót geopolityki przywrócił niewygodną, ale nieuniknioną prawdę: władza znów ma znaczenie. Terytorium, głębokość strategiczna, szlaki handlowe, wąskie gardła i dostęp do zasobów nie są już abstrakcyjnymi pojęciami, ale konkretnymi zmiennymi kształtującymi zachowanie państwa. W tym środowisku nie jest ani zaskakujące, ani nieuzasadnione, że Stany Zjednoczone coraz częściej myślą i działają – a teraz także mówią – w kategoriach imperialnych.

Asertywność, odstraszanie i gotowość do zdecydowanych działań nie są oznakami rozkładu. Są to często narzędzia, dzięki którym wielkie mocarstwa mogą przetrwać okresy transformacji systemowej. Problemem nie jest jednak to, że Waszyngton na nowo odkrywa politykę siły. Problemem jest to, w jaki sposób to robi – i jak inni na to reagują.

Niewiele scenariuszy ilustruje ten dylemat wyraźniej niż powracająca debata na temat Grenlandii – zwłaszcza po „aferze wenezuelskiej” – czy to w kontekście przymusu, aneksji, czy nawet zakupu. Każda opcja ujawnia to samo podstawowe ryzyko: mylenie posiadania władzy z mądrością w jej używaniu. Powodem jest to, że imperia nie tylko powstają, ale także upadają; i nie upadają, ponieważ działają siłą. Upadają, ponieważ działają siłą bez rozwagi.

Realizm to nie impulsywność

W ciągu ostatnich kilku lat wiele krajów w Europie po cichu przyjęło bardziej realistyczną postawę w sprawach międzynarodowych. Kraje takie jak Włochy czy Węgry – pomimo różnych historii, sojuszy i kultur politycznych – łączy jasne zrozumienie granic ideologii i prymatu interesu narodowego.

Realizm nie oznacza jednak lekkomyślności. Oznacza rozpoznawanie kompromisów, zarządzanie zachętami i unikanie posunięć, które powodują nieodwracalne szkody systemowe. Kraje te rozumieją, że władza musi być sprawowana w ramach ograniczeń, nie z powodu moralnego wahania, ale dlatego, że systemy międzynarodowe karzą tych, którzy je destabilizują bez wiarygodnej gry końcowej.

To rozróżnienie jest często pomijane we współczesnych debatach. Asertywność jest zbyt łatwo celebrowana jako cel sam w sobie, podczas gdy długoterminowa architektura, która podtrzymuje władzę – sojusze, wiarygodność i zaufanie instytucjonalne – jest traktowana jako zbędna. Dyskusja na temat Grenlandii ujawnia tę nierównowagę z uderzającą jasnością.

Grenlandia i błędne odczytanie siły strategicznej

Grenlandia ma niezaprzeczalnie strategiczne znaczenie. Jej położenie geograficzne, znaczenie dla Arktyki i rosnące znaczenie w erze polarnej rywalizacji sprawiają, że jest atrakcyjna dla każdego mocarstwa zainteresowanego długoterminową pozycją. Nie chodzi o to, czy Stany Zjednoczone mają tam uzasadnione interesy. Mają. Pytanie brzmi, w jaki sposób te interesy są realizowane.

Siłowa aneksja lub zajęcie wojskowe byłoby katastrofalne w skutkach. Zburzyłoby to fundamentalne założenie NATO: że członkowie Sojuszu nie zwracają siły przeciwko sobie nawzajem. Rezultatem nie byłby tymczasowy kryzys dyplomatyczny, ale strukturalne pęknięcie w systemie transatlantyckim.

Nawet pomysł zakupu Greenland – często przedstawiany jako bardziej „rozsądna” lub zgodna z prawem alternatywa – niesie ze sobą poważne ryzyko. Chociaż jest to prawnie możliwe, taki ruch nadal sygnalizowałby przejście od partnerstwa do własności. Oznaczałoby to, że suwerenność podlega negocjacjom, a sojusze mają ostatecznie charakter transakcyjny. Dla państw europejskich, które już debatują nad strategiczną autonomią, byłby to raczej potężny czynnik przyspieszający niż stabilizujący.

Realistycznie nastawione rządy instynktownie rozumieją, że legalność nie jest równoznaczna z legitymizacją, a raz utraconą legitymizację niezwykle trudno jest odbudować.

Zachęty, hedging i ciche wyjście z dostosowania

Polityka międzynarodowa rządzi się w mniejszym stopniu deklaracjami niż zachętami. Gdy dominujące mocarstwo zachowuje się w sposób, który zwiększa niepewność jego partnerów, ci niekoniecznie reagują otwartą konfrontacją. Częściej zabezpieczają się po cichu.

Ta dynamika jest już widoczna. Ostra krytyka Donalda Trumpa przez francuskich konserwatystów w związku z Wenezuelą, a teraz Grenlandią, nie była jedynie retoryczna, ale wskazywała na głębszy niepokój. Kanada rozpoczęła ponowną ocenę długo utrzymywanych założeń strategicznych z Chinami. Niektóre kraje Europy Południowej, takie jak Hiszpania, coraz bardziej dywersyfikują swoją gospodarczą i dyplomatyczną ekspozycję na Chiny – niekoniecznie z ideologicznej sympatii, ale z zarządzania ryzykiem.

Tak w praktyce wygląda erozja wpływów. Nie poprzez dramatyczne zerwanie, ale poprzez stopniowe wycofywanie się. Każda nierozważna próba przejęcia władzy zachęca sojuszników do szukania alternatyw. Z czasem system, który niegdyś wzmacniał amerykańską siłę, zaczyna ją osłabiać.

Państwa realistyczne zwracają szczególną uwagę na te efekty drugiego i trzeciego rzędu. Wiedzą, że siłę mierzy się nie tym, jak duży nacisk można zastosować, ale tym, jak niewielki nacisk jest wymagany do utrzymania wyrównania.

Test Europy: Unikanie nierozważnej przesadnej reakcji

Ostrożność nie jest jednak obowiązkiem jednostronnym. Europa również stoi w obliczu strategicznego testu.

W ostatnich dniach Giorgia Meloni słusznie ostrzegała przed impulsywnymi lub emocjonalnie naładowanymi reakcjami Europy, które mogłyby niepotrzebnie eskalować napięcia lub zamknąć kontynent na pozycjach, które same się obronią. Jej retoryka odzwierciedla realistyczne zrozumienie, że europejskim interesom nie służy odruchowy antyamerykanizm, symboliczne przesadne reagowanie lub strategiczne wywyższanie się.

Nierozważna europejska reakcja – czy to poprzez maksymalistyczną retorykę, pospieszne oddzielenie lub performatywne pokazy „strategicznej autonomii” – groziłaby raczej pogłębieniem szkód niż ich złagodzeniem. Europa nadal zależy od współpracy transatlantyckiej w zakresie bezpieczeństwa, handlu i konkurencyjności technologicznej. Palenie mostów w momencie kryzysu nie stworzyłoby suwerenności; stworzyłoby podatność na zagrożenia.

Realizm wymaga dyscypliny po obu stronach Atlantyku. Jeśli amerykańska przesada może zdestabilizować system, europejska nadmierna reakcja może przyspieszyć jego fragmentację. Strategiczna autonomia, jeśli będzie mądrze realizowana, powinna wzmocnić pozycję Europy w ramach sojuszu – nie zastępując jednej zależności inną, ani nie wpychając państw europejskich przedwcześnie w alternatywne strefy wpływów.

Imperialny paradoks

Paradoks władzy imperialnej polega na tym, że jej największym atutem jest często niewidzialność. Kiedy imperium funkcjonuje dobrze, jego przywództwo wydaje się naturalne, a nawet korzystne dla tych, którzy znajdują się w jego orbicie. Kiedy zaczyna polegać na jawnym przymusie lub jawnym transakcjonizmie, ujawnia raczej niepewność niż pewność siebie.

Stany Zjednoczone wciąż dysponują niezwykłymi atutami: zasięgiem militarnym, centralną pozycją finansową, przywództwem technologicznym i wpływami kulturowymi. Żadna z nich nie wymaga zdobycia terytorium siłą lub czekiem, aby pozostać skuteczną. To, czego wymagają, to przewidywalność, powściągliwość i zrozumienie psychologii sojuszy.

Realistyczne rządy rozumieją to intuicyjnie. Mogą odrzucać naiwny uniwersalizm, ale doskonale zdają sobie sprawę, że systemy przetrwają gesty. Pojedynczy dramatyczny ruch może zniweczyć dekady nagromadzonego kapitału strategicznego.

Roztropność jako brakujący wymiar władzy

Grenlandia nie jest głównym problemem. To tylko symptom. Głębszym problemem jest rosnąca pokusa – po obu stronach Atlantyku – utożsamiania śmiałości ze strategią i zakłóceń z siłą.

Prawdziwy realizm nie gloryfikuje szoku. Unika go. Uznaje, że władza, raz sprawowana nierozważnie, nie zawsze może zostać cofnięta, a raz złamane zaufanie nie resetuje się wraz z wyborami lub dyplomatycznymi resetami.

Dla Stanów Zjednoczonych wybór nie leży między słabością a imperium. To wybór między trwałym przywództwem a spektakularnym samosabotażem. Dla Europy wyzwaniem jest reagowanie z dyscypliną, a nie emocjami, realizmem, a nie pozerstwem.

Kraje, które podążają za międzynarodową logiką realistyczną, wiedzą, że roztropność nie jest ograniczeniem władzy, ale jej warunkiem wstępnym. Zarówno imperia, jak i sojusze przetrwają nie dzięki działaniu w pierwszej kolejności, ale dzięki mądremu działaniu.