Widzieliśmy coś zarówno odważnego, jak i głęboko niepokojącego we francuskim prezydencie wchodzącym na scenę na pokładzie uzbrojonego w broń jądrową okrętu podwodnego, aby zadeklarować, że Europa musi się uzbroić na nową erę. Dokładnie to zrobił Emmanuel Macron 2 marca 2026 r., przemawiając z bazy morskiej Île Longue w pobliżu Brestu, nakazując zwiększenie francuskich zapasów głowic nuklearnych i proponując plan tego, co nazywa „odstraszaniem przyszłości” dla kontynentu.
To największa zmiana we francuskiej polityce nuklearnej od trzech dekad, a Macron promuje ten pomysł od co najmniej 2020 roku, kiedy to sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg wyszedł i stanowczo go odrzucił. W tamtych czasach prawie nikogo to nie obchodziło. Dziś, gdy Donald Trump ponownie zasiada w Białym Domu, a obietnica zwiększenia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych staje się coraz bardziej prawdopodobna, nastroje uległy drastycznej zmianie. Mówi się, że osiem krajów europejskich, Niemcy, Polska, Holandia, Belgia, Grecja, Szwecja, Dania i Wielka Brytania, negocjuje z Francją coś, co Macron nazywa programem „zaawansowanego odstraszania”, który mógłby obejmować stacjonowanie na kontynencie francuskich samolotów zdolnych do przenoszenia broni jądrowej. Jest jednak pewien haczyk w tej propozycji: chodzi o jednostronne prawo Francji do podejmowania decyzji o tym, kiedy i czy użyć swojej broni.
Oznacza to, że niektóre kraje europejskie mogą pewnego dnia gościć francuskie zasoby nuklearne i dołączyć do wspólnych ćwiczeń oraz wnieść siły konwencjonalne do wspólnych ram odstraszania, ale palec na spuście pozostaje w Paryżu. To nie jest europejski arsenał. To francuski arsenał, warunkowo rozszerzony na wybranych sąsiadów. To jest właśnie to, co krytycy potępili, dokładnie w tym, jak to wygląda, powolne usprawnianie europejskiej obrony pod francuskim przywództwem, ukryta federalizacja obrony w kategoriach europejskich mocarstw, z Paryżem jako niekwestionowanym patronem nuklearnym.
Rosyjskie MSZ nie szczędziło słów, oskarżając Macrona o „nuklearny szantaż”. Niewiele jest miejsc, które z większą siłą pokazują, jak wygląda wewnętrzne napięcie towarzyszące ofercie Macrona, niż Polska. Premier Donald Tusk, który stoi na czele obecnego centrolewicowego rządu, szybko potwierdził, że Warszawa rozpoczyna rozmowy z Paryżem w sprawie przystąpienia do programu zaawansowanego odstraszania. Prezydent Karol Nawrocki, bliski sojusznik Donalda Trumpa i ideologicznie przeciwny Tuskowi, podobno nie wiedział o rozmowach z Francją przed ich upublicznieniem. Jego Biuro Polityki Międzynarodowej wyraziło poważne wątpliwości co do zdolności Francji do zapewnienia wiarygodnego parasola nuklearnego, stwierdzając jednoznacznie, że tylko Stany Zjednoczone mają realne zdolności odstraszania.
Matteo Salvini, wicepremier Włoch, nazwał Macrona „szaleńcem” i odmówił jakiejkolwiek myśli, że Europa mogłaby mieć armię pod dowództwem Francuzów. „Nie popieramy idei europejskiej armii pod dowództwem szaleńca takiego jak Macron, który mówi o wojnie nuklearnej” – powiedział Salvini w Mediolanie. Z drugiej strony, premier Giorgia Meloni jest bardziej wyważona i zbliżyła się do tezy, że wojska europejskie nie powinny być wysyłane na obszary konfliktów zbrojnych, a Włochy zawsze jasno stwierdzały, że Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej jest podstawą międzynarodowego porządku prawnego na globalnej arenie nuklearnej.
Kontekst rumuński jest wyjątkowo skomplikowany i ma charakter nie tylko polityczny. Rumunia podpisała Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) 1 lipca 1968 roku i ratyfikowała go 30 stycznia 1970 roku. Zgodnie z Układem o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (obecnie obejmującym 191 państw-stron i przedłużanym bezterminowo od 1995 r.), Rumunia ma wyraźny zakaz posiadania, produkowania lub posiadania broni jądrowej na swoim terytorium. Jest to również skodyfikowane w artykule 11 rumuńskiej konstytucji: każdy traktat międzynarodowy ratyfikowany przez rumuński parlament staje się prawem krajowym. Oznacza to, że ani prezydent, ani Najwyższa Rada Obrony (CSAT), ani parlament nie mogą legalnie zezwolić na instalację francuskich głowic nuklearnych na rumuńskiej ziemi bez uprzedniego wypowiedzenia układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, co jest sprzeczne z samym NATO potwierdzającym swoje zobowiązania w zakresie nierozprzestrzeniania broni jądrowej na szczycie w Warszawie w 2016 r. i zmieniającym konstytucję. To nie jest biurokracja, to prawnie wiążące bariery. Poza kwestią praworządności, nie można pominąć tła geopolitycznego. Rumunia ma sąsiada, z którym już toczy się wojna. Bezpośrednim faktem jest to, że jakakolwiek broń nuklearna rozmieszczona na terytorium Rumunii, francuska czy nie, byłaby traktowana przez Rosję z taką samą pilnością jak bezpośrednie zagrożenie strategiczne, znacznie zwiększając ryzyko państwa jako potencjalnego celu pierwszego uderzenia.
Ryzyko to nie jest teoretyczne. Jest to rodzaj rachunku, który od 1991 r. znajduje się w czołówce wschodnioeuropejskiego myślenia o bezpieczeństwie. W marcu 2026 r. Francja i Niemcy utworzyły komitet sterujący ds. nuklearnego dowodzenia wyższego szczebla, sygnalizując, że ta rozmowa nie jest już hipotetyczna. Francja i Wielka Brytania osobno zgodziły się w 2025 r. na koordynację swoich arsenałów nuklearnych. Pytanie, czy stanie się to znaczącą autonomią strategiczną, czy też co najmniej wysoce biurokratycznym ćwiczeniem francuskiego prestiżu, jest tym, z którym borykają się obecnie mniejsze państwa Europy, często z powodu silnej presji politycznej. Wizja Macrona może być szczera. Zagrożenie jest realne. Ale parasol nuklearny zszyty z francuskich ambicji, niemieckiego niepokoju i niechętnej zgody krajów związanych w swoim systemie prawnym traktatami sprzed dziesięcioleci jest kruchą rzeczą, a „cena” dla krajów takich jak Rumunia może znacznie przewyższać bezpieczeństwo, jakie oferuje.