Między lojalnością a interesem: Dlaczego Europa musi zwiększyć swoją zależność od Stanów Zjednoczonych w zakresie bezpieczeństwa?

Polityka - 2026-04-12

Przez dziesięciolecia stosunki transatlantyckie były podtrzymywane przez pocieszającą dwuznaczność. Europa mogła mówić językiem partnerstwa, wspólnej cywilizacji i wspólnych wartości. Jednocześnie opierała się na twardym fakcie amerykańskiej ochrony. Stany Zjednoczone mogły narzekać na podział obciążeń, a jednocześnie nadal gwarantować europejskie bezpieczeństwo. Ten układ zawsze opierał się w mniejszym stopniu na sentymentach niż na sile. Teraz w końcu iluzja się rozpada.

Dwutygodniowa przerwa w wojnie w Iranie, w połączeniu z ponownymi amerykańskimi groźbami pozostawienia Europy samej sobie, by stawiła czoła wyzwaniom – głównie Rosji w Ukrainie – i zmniejszenia obecności wojskowej, a nawet wyjścia z NATO, obnaża rzeczywistość, z którą Europa musi się zmierzyć z opóźnieniem: Sojusze są ważne, ale suwerenność również. Suwerenność musi być warunkiem wstępnym dobrowolnego i mądrego zawierania sojuszy, ponieważ w przeciwnym razie kraje rezygnują z własnych interesów strategicznych, wchodząc w takie partnerstwa.

Niedawne wypowiedzi Donalda Trumpa i członków jego administracji jasno to pokazały. Waszyngton nie oczekuje już po prostu, że Europejczycy będą bronić Europy. Takie było żądanie przed 40-dniową wojną w Iranie. Teraz Europejczycy muszą dostosować się do amerykańskich wyborów strategicznych, często znacznie wykraczających poza ich bezpośrednie interesy, zwłaszcza – na razie – na Bliskim Wschodzie. Europa już w zeszłym roku zauważyła, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa są warunkowe pod rządami Trumpa i że nie będzie już dozwolone „freeloading” ze strony USA.

Ostatnie wydarzenia oznaczają jednak coś więcej niż tymczasową zmianę w stosunkach UE-USA; sygnalizują one większą, strukturalną zmianę. Po raz pierwszy wydaje się, że Europa dostrzegła ten punkt zwrotny i zamiast ulegać amerykańskim żądaniom i groźbom, UE – i szerzej Europa, w tym Wielka Brytania – wydaje się sygnalizować, że Europejczycy nie będą już instynktownie zwracać się do Waszyngtonu o gwarancje bezpieczeństwa.

To, czego jesteśmy świadkami, wykracza poza retoryczną rozbieżność i prowadzi do materialnej reorientacji. Europa przeznacza obecnie bezprecedensowe środki na własną obronność, bazę przemysłową i strategiczną przyszłość. Implikacje są głębokie. Kontrakty, miejsca pracy, rozwój technologiczny, dźwignia strategiczna – to wszystko w coraz większym stopniu zatrzymywane jest w samej Europie. Same wydatki UE na obronność wyniosą około 381 mld euro w 2025 r. – o 11% więcej niż w 2024 r. i prawie 63% więcej niż zaledwie kilka lat temu. Implikacje tych zmian są już głębokie, ale byłyby jeszcze większe, gdyby UE miała przemysł wojskowy, w który mogłaby inwestować.

Podczas gdy niektórzy postrzegają tę zmianę jako europejską stratę – osłabienie więzi transatlantyckich i zmniejszenie amerykańskiej ochrony – taki pogląd jest niepełny. Stany Zjednoczone nie tracą niewdzięcznego sojusznika. Tracą biliony w długoterminowych wydatkach na obronę. W przeciwnym razie pieniądze te przepłynęłyby przez amerykańskich kontrahentów, bazy i sieci wpływów przez dziesięciolecia. W swej istocie nie jest to strata Europy. Zamiast tego strata należy do Ameryki.

Jak wspomniano powyżej, nic z tego nie oznacza naiwności wobec Rosji. Rosja stanowi zagrożenie w obecnym środowisku bezpieczeństwa. Ta rzeczywistość musi zostać wyraźnie uznana. Nie oznacza to jednak, że Europa musi pozostać w nieskończoność zależna od amerykańskiej potęgi militarnej ponad osiemdziesiąt lat po II wojnie światowej.

Dwie tezy mogą być prawdziwe jednocześnie: Rosja jest dziś zagrożeniem; Europa powinna jednak być w stanie się bronić. Zbyt długo dominowało odwrotne założenie. Europejskie bezpieczeństwo było traktowane jako coś strukturalnie i politycznie outsourcowanego do Waszyngtonu. Rezultatem było nie tylko niedoinwestowanie, ale także głębsza forma zależności – osadzona w technologii, infrastrukturze i doktrynie operacyjnej.

To prowadzi nas do krytycznego punktu: uzasadnienie dla dalszej zależności załamuje się teraz pod własnym ciężarem. Niedawne próby wykazania, że Europa nie może uwolnić się od zależności od amerykańskiej potęgi wojskowej, paradoksalnie ujawniły coś wręcz przeciwnego. Dowody są przytłaczające i potępiające. Kiedy dwie trzecie europejskiego importu broni pochodzi od jednego zewnętrznego dostawcy – Stanów Zjednoczonych – tworzy to zależność. To samo dotyczy najbardziej zaawansowanych europejskich myśliwców, które działają na oprogramowaniu, którego Europejczycy nie kontrolują, w tym na plikach danych misji, systemach celowania, komunikacji satelitarnej oraz architekturach wywiadu, nadzoru i rozpoznania, z których wszystkie zależą od zewnętrznych danych wejściowych. W tej sytuacji Europa słusznie postrzega wieloletnie partnerstwo z USA nie tyle jako sojusz – niekoniecznie jako amerykańską placówkę wojskową – ale ogólnie jako słabość.

Przykład systemów takich jak F-35 jest szczególnie odkrywczy. Architektura oprogramowania, integracja danych misji i ścieżki aktualizacji – wszystko to pozostaje pod kontrolą USA. Europejscy operatorzy nie mogą w pełni modyfikować ani wdrażać tych systemów niezależnie. Nie jest to tylko szczegół techniczny. Jest to ograniczenie strukturalne.

Europa nie kontroluje w pełni własnej architektury obrony powietrznej. Nie jest w pełni właścicielem swoich danych celowniczych. Nie może niezależnie aktualizować krytycznych systemów bez zewnętrznej autoryzacji. To nie jest partnerstwo. To relacja klienta z coraz bardziej nieprzewidywalnym patronem. Paradoksalnie, obaj partnerzy w tym partnerstwie uważają się za klientów drugiej strony i potępiają ją za wykorzystywanie ich. Stany Zjednoczone coraz częściej wyrażają obawy o pasożytniczą Europę, która drenuje ich zasoby wojskowe. Z kolei Europa argumentuje obecnie, że pijawką w tej historii są tak naprawdę Stany Zjednoczone, traktujące Europejczyków jak klientów, którzy nie mogą zmienić dostawcy usług lub samodzielnie zarządzać swoimi sprawami.

Traktowanie takiego stanu zależności jako trwałego lub nieusuwalnego status quo nie jest strategiczną roztropnością. To strategiczne zaniedbanie. Ponieważ to, co jest opisywane, nie jest współzależnością. Jest to dźwignia ze strony USA. A z każdym mijającym rokiem skumulowana dźwignia Waszyngtonu rośnie.

Europejczycy do tej pory nie rozumieli, że każdy element tej zależności – oprogramowanie, dane, komunikacja, logistyka – jest potencjalną dźwignią. Można ją pociągnąć w momencie, gdy interesy się rozchodzą. Po ostatnich dwóch latach nie jest już wiarygodne twierdzenie, że interesy europejskie i amerykańskie są zawsze identyczne.

Ze względu na te słabości, obecny moment należy rozumieć jako szansę, a nie kryzys. Czas na strategiczną korektę nigdy nie był bardziej sprzyjający. Charakter działań wojennych szybko ewoluuje. Konflikt na Ukrainie przyspieszył rozwój nowych modeli operacyjnych – systemów rozproszonych, wojny skoncentrowanej na dronach i możliwości wojny elektronicznej – które zmniejszają zależność od uzbrojenia zaprojektowanego na inną erę.

Przyszłość europejskiej obronności nie będzie opierać się wyłącznie na odziedziczonych architekturach zimnowojennych. Będzie ona budowana za pomocą nowych technologii, nowych zdolności przemysłowych i nowych podejść doktrynalnych. W chwili, gdy piszę te słowa, Europa już zaczyna rozwijać wiele z nich, choć każda branża – zwłaszcza wojskowa – potrzebuje lat od projektu, przez budżet, aż po realizację.

Im dłużej Europa zwleka z tą transformacją, tym głębiej zakorzeniają się te zależności. Podpisanych zostanie więcej umów, więcej systemów zostanie zintegrowanych, a architektura stanie się bardziej nieodwracalna. Wydaje się, że w tym momencie pytanie nie będzie już dotyczyło tego, czy Europa wybierze strategiczną autonomię. Będzie ono dotyczyło tego, czy Europa zachowa zdolność do zrobienia tego na własnych warunkach.

Właśnie dlatego obecna chwila ma znaczenie. Nie chodzi o to, w jaki sposób NATO zostanie przetasowane wśród państw europejskich, ani o to, które z nich zostanie pozbawione amerykańskich baz wojskowych. Nie chodzi też o to, czy NATO ma w ogóle przetrwać. Nie chodzi też o to, czy stosunki transatlantyckie powinny się zakończyć. Pytanie brzmi, czy relacje te mogą zostać zrównoważone na bardziej zrównoważonych, suwerennych podstawach.

Europa, która nie może się bronić, nie jest silniejszym sojusznikiem – jest zależna. A zależność z czasem prowadzi do erozji wiarygodności, autonomii i, co najważniejsze, wolności. Sojusz transatlantycki został zbudowany w zupełnie innym świecie. Był to świat zdefiniowany przez powojenną odbudowę, dwubiegunową konfrontację i amerykańską dominację. Ten świat nie istnieje już w tej samej formie.

Zamiast tego wyłania się bardziej rozdrobniony, bardziej kontestowany i bardziej wielobiegunowy system międzynarodowy. W takim świecie sojusze przetrwają. Będą one jednak funkcjonować inaczej. Będą w mniejszym stopniu kształtowane przez odziedziczone założenia, a w większym przez wynegocjowane interesy.

Europa ma odpowiednie znaczenie gospodarcze, potencjał technologiczny i bazę przemysłową, aby stać się w pełni suwerennym podmiotem w dziedzinie bezpieczeństwa. Tym, czego jej brakowało – aż do teraz – była wola polityczna. To może się wreszcie zmienić.

Nadeszło przebudzenie. Prawdziwym zagrożeniem nie jest amerykański brak zaangażowania. Jest nim porażka Europy, która po raz kolejny nie podjęła działań w tej sprawie.