fbpx

UE-Mercosur: Konserwatywne argumenty na rzecz handlu i realizmu strategicznego

Budowanie konserwatywnej Europy - 26 stycznia, 2026

Jak dotąd rok 2026 upłynął pod znakiem dwóch ważnych wydarzeń. Mianowicie Grenlandia i umowa handlowa UE-Mercosur. Grenlandia zostanie omówiona w następnym artykule, więc ten poświęćmy Mercosurowi.

Umowa handlowa UE-Mercosur jest traktatem, nad którym długo pracowano. Po 25 latach negocjacji zakończyły się one w 2019 r., a porozumienie polityczne osiągnięto w grudniu 2024 r., a ostateczne porozumienie podpisano w Paragwaju 17 stycznia tego roku. Jednak zaraz po jej podpisaniu Parlament Europejski ogarnęły spory i pęknięcia, a w zeszłym tygodniu, podczas krytycznego głosowania, umowa została skierowana do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), skutecznie zamrażając jej ratyfikację.

Epicentrum tego nowego politycznego trzęsienia ziemi objęło Brukselę i parlamenty krajowe, ponieważ linie podziału pojawiły się zarówno między partiami – na szczeblu krajowym – jak i wewnątrz grup w Parlamencie Europejskim. Tak było również w samej Grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR). Podczas głosowania nad skierowaniem umowy handlowej do ETS, grupa była bliska rozłamu. Mniej więcej 46 procent głosowało za, a 49 procent przeciw, ujawniając głęboki wewnętrzny podział między tymi, którzy instynktownie dążą do wolnego handlu, a tymi, którzy priorytetowo traktują ochronę krajowych interesów rolnych.

Podział ten jest zrozumiały i pokazuje ogólne nastroje w całej UE, ponieważ ECR może być terminometrem zdroworozsądkowej polityki; preferowanej nie z ideologicznie naładowanymi światopoglądami, ale z rozwiązywaniem rzeczywistych problemów prawdziwych ludzi. Wielu członków ECR reprezentuje wiejskie okręgi wyborcze i społeczności rolnicze, które czują się coraz bardziej narażone na globalizację, asymetrię regulacyjną i rosnące koszty produkcji narzucane przez samą Brukselę. Inni jednak słusznie nie chcą blokować jednej z najważniejszych umów o wolnym handlu, jakie kiedykolwiek wynegocjowała Unia Europejska. Wszyscy rozumieją znaczenie wolnych rynków i wolnego handlu dla dobrobytu narodów, więc pytanie stojące przed ECR nie było jedynie taktyczne, ale strategiczne: czy europejscy konserwatyści powinni sprzymierzyć się z wolnym handlem, czy z obronnym protekcjonizmem? To rozdroże, choć ponownie zrozumiałe w głosowaniu na „tak” lub „nie”, powinno jednak stać się innym rozdrożem w przyszłości. Takie, które bada, w jaki sposób realizm gospodarczy zakorzeniony w konkurencji może również chronić suwerenność i długoterminowy dobrobyt.

Porozumienie UE-Mercosur nie jest technokratycznym ćwiczeniem w obniżaniu ceł. Jest to sprawdzian tego, czy Europa pozostaje zaangażowana w przestrzeganie zasad leżących u podstaw funkcjonującej gospodarki rynkowej. W swej istocie traktat odzwierciedla logikę przewagi komparatywnej i międzynarodowego podziału pracy – koncepcje od dawna rozumiane przez konserwatywnych myślicieli ekonomicznych jako czynniki napędzające produktywność, wydajność i rosnący standard życia. Sprzeciw wobec porozumienia, czy to w postaci nacjonalizmu gospodarczego, często maskuje interesy sektorowe lub odruchy ideologiczne, a nie poważne zaangażowanie w rzeczywistość gospodarczą.

Nigdzie nie jest to wyraźniejsze niż w przypadku argumentu europejskiego lobby rolniczego, że import z Mercosuru stanowi „nieuczciwą konkurencję”. Twierdzenie to ignoruje podstawowy fakt: różnice w wydajności nie są dowodem oszustwa. Wydajność rolnictwa w Argentynie, Brazylii czy Urugwaju wynika z ekonomii skali, innowacji technologicznych i warunków bioklimatycznych, które po prostu nie istnieją w Europie. Żądanie, by zagraniczni producenci powielali strukturę kosztów UE, jest równoznaczne z całkowitym zaprzeczeniem zasadności handlu. Gdyby cała produkcja była identyczna, handel byłby zbędny.

Co więcej, europejski protekcjonizm nakłada realne i wymierne koszty na zwykłych obywateli – koszty, które są ponoszone trzykrotnie. Po pierwsze, poprzez opodatkowanie: Wspólna Polityka Rolna nadal pochłania blisko jedną trzecią budżetu UE, przekazując setki miliardów euro do wysoce chronionego sektora. Po drugie, poprzez wyższe ceny konsumpcyjne, które nieproporcjonalnie szkodzą gospodarstwom domowym o niższych dochodach, które wydają większą część swoich dochodów na żywność. Po trzecie, poprzez zamykanie europejskiego rolnictwa w strukturalnej niekonkurencyjności, podnoszenie kosztów łańcucha dostaw i generowanie trwałych negatywnych efektów zewnętrznych. W praktyce bariery handlowe funkcjonują jako regresywny transfer bogactwa od konsumentów do subsydiowanych producentów.

Obawy o bezpieczeństwo żywności i standardy regulacyjne są równie wyolbrzymione. Umowa między UE a Mercosurem nie osłabia europejskich przepisów sanitarnych ani fitosanitarnych, ponieważ każdy produkt wprowadzany na jednolity rynek musi być w pełni zgodny z normami UE i wymogami Europejskiego Urzędu ds. Twierdzenia, że umowa „zatruje” europejskich konsumentów, nie są poważnymi argumentami; są to narracje oparte na strachu, mające na celu zmobilizowanie opozycji bez dowodów i często kierowane przez główne lobby i korporacje, które gardzą konkurencyjnym rynkiem, który jest dla nich niekorzystny.

Zastrzeżenia dotyczące ochrony środowiska zasługują na dokładniejsze rozważenie, ale również w tym przypadku argumenty przeciwko porozumieniu upadają. Paradoksalnie, odrzucenie traktatu osłabiłoby – a nie wzmocniło – wpływ Europy na środowisko. Umowa zapewnia UE jedyny wiarygodny mechanizm instytucjonalny, który łączy dostęp do jednolitego rynku ze zobowiązaniami środowiskowymi i klimatycznymi. Bez niego gospodarki Mercosuru po prostu przekierują eksport na rynki azjatyckie, które nakładają niewiele, jeśli w ogóle, wymogów dotyczących zrównoważonego rozwoju. Z perspektywy ekonomii instytucjonalnej traktat tworzy zachęty, które podnoszą koszty praktyk takich jak wylesianie. Zablokowanie go w imię ochrony środowiska grozi przyspieszeniem degradacji, której krytycy rzekomo się sprzeciwiają.

Po stronie południowoamerykańskiej opór wobec umowy odzwierciedla znany, ale nieudany model: protekcjonizm pod sztandarem „suwerenności przemysłowej”. Dekady polityki substytucji importu przyniosły inflację, stagnację technologiczną i niską produktywność. Umowa UE-Mercosur wyeliminowałaby cła na dobra kapitałowe, umożliwiając dostęp do europejskiej technologii i integrację z globalnymi łańcuchami wartości. Prawdziwa industrializacja nie wynika z dotacji i murów, ale z konkurencji, inwestycji i otwartości. Odrzucenie tej drogi skazuje pracowników na niższą produktywność i niższe płace realne.

Istnieje również szerszy wymiar strategiczny, którego konserwatyści nie powinni ignorować. Przeszkadzając w zawarciu umowy, UE ryzykuje rezygnację z roli globalnego wyznacznika standardów w czasie, gdy grawitacja gospodarcza zdecydowanie przesuwa się w kierunku Indo-Pacyfiku. Kraje Mercosur, ze swojej strony, ryzykują pozostanie w „pułapce średniego dochodu”, jeśli wycofają się do defensywnego nacjonalizmu. Umowa oferuje ramy dla modernizacji instytucjonalnej – obejmującej usługi, zamówienia publiczne i własność intelektualną – których krajowe systemy polityczne często nie są w stanie wdrożyć niezależnie.

Dla prawdziwych konserwatystów debata ta nie powinna sprowadzać się do binarnego wyboru między rolnikami a wolnym handlem. Konserwatywne podejście powinno uznać, że wiele presji, przed którymi stoi europejskie rolnictwo, jest wynikiem nadmiernych regulacji UE, a nie międzynarodowej konkurencji. Chronienie nieefektywnych struktur poprzez stałą ochronę jedynie opóźnia dostosowanie, pogłębiając jednocześnie zależność od subsydiów. Reformatorski, konserwatywny program skupiłby się na zmniejszeniu obciążeń regulacyjnych, poprawie konkurencyjności i wspieraniu transformacji – zamiast zamrażać Europę w gospodarczym bezruchu.

W czasie, gdy Stany Zjednoczone kwestionują sojusz transatlantycki, Europa musi dążyć zarówno do jego naprawy – w zakresie, w jakim może to zrobić jednostronnie – jak i do poszukiwania nowych sojuszy i partnerstw, aby zapewnić sobie niezależność geopolityczną i geoekonomiczną. W rezultacie jest to najgorszy możliwy czas na okazywanie strategicznej dwuznaczności. Konserwatyzm, właściwie rozumiany, nie polega na zachowaniu każdej istniejącej struktury za wszelką cenę; ani na poświęceniu interesu narodowego na ołtarzu ideologicznych postulatów, takich jak wolny handel. Chodzi o utrzymanie dobrobytu, siły narodowej i spójności społecznej w zmieniającym się świecie. Nie ma etycznego ani ekonomicznego uzasadnienia dla barier handlowych, które zubażają miliony ludzi w celu ochrony wąskich interesów. Wspieranie porozumienia UE-Mercosur nie jest aktem ideologicznego globalizmu; jest wyrazem realizmu gospodarczego, instytucjonalnej dźwigni i strategicznej dalekowzroczności.

Dlatego konserwatyści muszą oprzeć się pokusie naśladowania odruchów populistycznej skrajności – czy to lewicy, czy „alternatywnej” prawicy. Prawdziwy wybór nie leży między suwerennością a handlem, ale między zarządzaną otwartością a zarządzanym upadkiem. Otwartości musi jednak towarzyszyć silniejsza konkurencja: usuwanie barier wejścia do europejskiej gospodarki, egzekwowanie przepisów antymonopolowych oraz ograniczanie antykonkurencyjnych karteli i zachowań quasi-monopolistycznych. Innymi słowy, Europa powinna otworzyć swoje rynki, jednocześnie wyposażając swoich rolników i producentów w narzędzia niezbędne do konkurowania. Ceteris paribus, to oni zwyciężą.